Aldaker - Maine Coon Cattery
Aldaker
           
 



Rok 2004 Rok 2005 Rok 2006
   Maj
   Czerwiec
   Lipiec
   Sierpień
   Wrzesień
   Październik
   Listopad
   Grudzień
   Styczeń
   Luty
   Marzec
   Kwiecień
   Maj
   Czerwiec
   Lipiec
   Sierpień
   Wrzesień
   Październik
   Listopad
   Styczeń



Warning: mysql_connect() [function.mysql-connect]: Access denied for user 'almaro'@'195.114.1.23' (using password: YES) in /home/almaro/public_html/strony/life.php on line 131
FRASZKA
Skleroza nie boli i nie wybiera,
niecnie dopadła kolegę Elbera.
Za jego zgodą i błogosławieństwem
spisałem pamiętnik, po czym z przekleństwem,
górą pretensji i jawną wrogością,
pamiętnik mój w gardle stanął mu ością.
Dziś jego agresja spotyka mnie szczera
czyżby trafiła go jasna cholera...?
Czyżby strach brał go, żem lepszy od niego?
Bez nerwów staruszku, kochany kolego:)

Ja nie Twym wrogiem, nie konkurentem.
To Twoje strachy Twoim natrętem.
Dałeś swą zgodę i prawo pisania,
czyż nie za szybko zmieniasz swe zdania?
Porzuć doradców głosy plugawe,
spojrzyj z uśmiechem na całą sprawę.
Sławy wystarczy na ziemi i w niebie,
wyciągam kosmatą łapę do Ciebie...



Słów kilka zamiast wstępu...

     Pomysł pisania pamiętnika narodził się w mej rudej łepetynie już dawno. Pod wpływem zachęt przyjaciół i listów od moich licznych wielbicielek, postanowiłem odtajnić kulisy mego życia z moimi dwunożnymi.
     Z uwagi na fakt, że jestem kolejnym kocurem rasy Maine Coon, piszącym pamiętniki pragnę podkreślić, że prekursorem w tej dziedzinie był mój kolega Elber z hodowli Cream of Cream.
     Pisząc te słowa, chylę czoła przed jego doświadczeniem wystawowym i kunsztem literackim.

                                                                 komandor GORAN z Aldaker*PL

MAJ 2004

     Przybyłem do Polski!!! Co za kraj!! Co za dziewczyny!! Ale wszystko po kolei...

     Pewnego dnia zostałem zapakowany do miękkiego transporterka i odjechałem z domu, który do tej pory był moim domem. Miałem zamieszkać w obcym kraju, z obcymi ludźmi i obcym kotem. Podróżowałem samolotem, na kolanach zaprzyjaźnionego człowieka, ale wcale nie było mi radośnie. Spać mi się chciało i było mi wszystko jedno, gdzie jadę. W końcu niewielki samolot z Copenhagi wylądował na lotnisku w Gdańsku, a tam okazało się, że już czekał na mnie komitet powitalny:) Czworo ludzi czekało na mnie z utęsknieniem. Spokojnie przeszedłem przez kontrolę i zobaczyłem moich nowych opiekunów, wyglądali na niezwykle podekscytowanych. Cóż... o sobie tego nie mogłem powiedzieć...

     Wyjęto mnie z koszyka i poddano skrupulatnym oględzinom. Chciałem zaprotestować, ale mocny chwyt obcej ręki i zapach lekarstw ostudziły moje zapały. To był weterynarz, człowiek z którym jak się dowiedziałem, nie należy podejmować gwałtownych ruchów. Naciąganie, macanie, zaglądanie w zęby, pod ogon oraz wszędzie, gdzie dało się zajrzeć (sam nie wiedziałem, że mam tyle ciekawych miejsc) ciągnęło się w nieskończoność. Oględziny chyba wypadły pomyślnie, bo przesiadłem się do innego, obcego transportera. Wsiedliśmy do auta i tak ruszyłem w dalszą drogę do nowego domu.

     Byłem zdenerwowany, ale monotonny dźwięk silnika uspokajał. Dwunożna otworzyła klatkę. Powoli wyszedłem, usiadłem jej na kolanach i zacząłem mruczeć. Z doświadczenia wiedziałem, że takim gestem można kupić każdego człowieka... hmmm... nie pomyliłem się:)) Zanim dojechaliśmy na miejsce, owinąłem sobie dwunożną dookoła pazura. Miałem już swojego człowieka! Mogłem rozpocząć podbój świata!

Maj... kilka godzin później...

     Kiedy otworzyły się drzwi mojego nowego domu, wypadł na nas wielki, szary, kosmaty potwór. Minął transporter i rzucił się witać dwunożnych. Zdecydowanie mnie nie zauważył, ale ja go widziałem... i co tu dużo mówić... mało nie pobrudziłem swojej kryjówki z nerwów. Chwilę później nasze spojrzenia się spotkały, a ja skurczyłem się do rozmiarów fistaszka. Zielone oczy potwora zwęziły się niebezpiecznie, uszy skuliły się groźnie, błysnęły kły i szara bestia syknęła zatrważająco. To był KOT!!! Zrozumiałem co powiedział!! Byłem przerażony!! Ja mam mieszkać z tym monstrum?!!! Wbiłem się głębiej w róg transporterka, z głębokim postanowieniem, że nie wysiadam z niego. NIGDY W ŻYCIU!!!

     Byłem nieugięty. Postanowiłem nie wychodzić, to nie wychodzę!! W końcu trzeba się trzymać jakichś zasad. Prośby i zachęty ze strony dwunożnych konsekwentnie odrzucałem, ale okazali się przebiegli. Pokazali mi sznurek i cała moja silna wola oraz postanowienie zostania w transporterku na zawsze, pierzchły niczym zły sen. Wyszedłem!!!

     Zostawiono mnie samego. Rozpocząłem badanie terenu w celach strategicznych. W końcu znalazłem całkiem przyjazne miejsce pod kaloryferem, za stołem. Taaaak... doskonałe miejsce. Miałem oko na wszystko, a jednocześnie byłem poza zasięgiem. Postanowiłem zrobić to, co koty robią najlepiej... usnąłem.

Maj cd...

     Nie wiem jak długo spałem pod tym kaloryferem. Dwunożna mówi, że prawie dwa dni. Może ma rację. Kiedy się obudziłem i wyszedłem stamtąd, świat wydał mi się piękniejszy. Świeciło słońce, było cicho, a na dodatek podstawiono mi pod nos kurczaczka!!! Mniam!!! Pochłonąłem wszystko, w obawie, żeby mi nic nie zabrano...w końcu, to co w żoładku, to moje! Zaliczyłem kuwetę i zdecydowanie nabrałem animuszu. Odczułem chęć rozprucia szarej myszy, leżącej smętnie na dywanie i przystąpiłem do dzieła. Z dużą satysfakcją wyrwałem jej ogon z tyłka, następnie skonsumowałem go ze smakiem.

     Dwunożna jest okropna!!! Zorientowała się, że zjadłem ten nieszczęsny ogon i teraz komisyjnie z dwunożnym obicinają wszystkim myszom ogony. Oburzające!!! Jak mam się bawić myszą bez ogona?!!!

     Na razie bawię się sam. Szary Potwór czasami fuka pod drzwiami mojego pokoju, ale nie spotykamy się jeszcze. Ciekawe, co on tam robi sam? Zaczyna mi się nudzić. Zabawa z dwunożnymi to fajna sprawa, ale są za wolni... przydałby się jakiś koci kumpel.

    Dzisiaj mija tydzień odkąd przybyłem do nowego domu. Dwunożna ustawiła kratę w drzwiach wejściowych do mojego pokoju, przez którą widać resztę mieszkania. Widać też co robi Szary Potwór, ale wyjść nie mogę. Może dobrze, bo Szary Potwór dalej prycha i warczy na mnie. Na razie oglądamy się i wąchamy przez kratki. Powoli narasta we mnie chęć pokonania tej kraty...

Maj... dzień później...

     Ale odkrycie!!! Szary Potwór to DZIEWCZYNA!!!! Nazywa się Nikita i jest kotką!!! O rany!! Cokolwiek to znaczy, brzmi obiecująco!!! Skąd wiem, że to dziewczyna?

     Dziś spróbowałem pokonać kratę i udało się!!! Po wyjściu natychmiast wpadłem na Szarego Potwora... ups... chciałem powiedzieć na Nikitę. Była tak zaskoczona moją odwagą, że zaniemówiła na chwilę. Wykorzystałem to i zajrzałem jej pod ogon, wyglądała zupełnie inaczej niż ja. Musiałem się spieszyć... chwilę później... odzyskała mowę i władzę w łapach. Zamach jaki wzięła, żeby mnie uderzyć, powaliłby słonia, ale byłem szybki jak błyskawica. Zniknąłem, zanim zdążyła na mnie warknąć. Ma dziewczynka temperament!!!

Koniec maja

     Moje relacje z Nikitą, wciąż są dalekie od poprawnych, ale przynajmniej chodzę sobie po całym domu. Nie lubi mnie... a tak bardzo się staram... Chodzę za nią, poluję na jej ogon, próbuję jeść z jej miski, posiedzieć z nią w koszyku i co...?!! Zawsze na mnie naprycha, a kiedy dwunożna nie widzi próbuje mnie zbić. Fajnie byłoby razem poszaleć...

     Na pewno mnie kiedyś polubi!!! Na razie bawię się sam. Najlepsze są krzesła i własne łapy. Czy wiecie jak długo można się bawić nogami od krzesła i własnymi łapami?? Zapewniam Was BAAAAARDZO długo:) To bardzo twórcze i kreatywne ćwiczenia, a jak rozwijają wyobraźnię...

     Wyobraźcie sobie na przykład, że za nogą od krzesła stoi schowana antylopa, a ja - tygrys muszę ją dopaść... Cały figiel polega na tym, żeby się dobrze zakamuflować, tak aby ona mnie nie dostrzegła za szybko. Przyczajam się, znikam w zaroślach, podkradam... i... skok!!! A potem szalona pogoń... chyba wiecie, że antylopy są szybkie? Gnam więc bez tchu przez całe mieszkanie i na koniec dopadam ją pod krzesłem... skaczę jej na plecy (czasem upadam na podłogę z głuchym łoskotem), a potem rozpruwam tylnymi nogami... ach... kocham polowania!

     Nie rozumiem tylko zachowania dwunożnych, kiedy ja poluję. Pokładają się na tapczanie i wydają przedziwne dzwięki. Polując trzeba być cichym i niezauważalnym. Czy oni o tym nie wiedzą?!!! Kwicząc na tej kanapie płoszą mi całą zwierzynę!!! Co za ludzie!!!

CZERWIEC 2004

     Znikło słońce, od kilku dni pada deszcz, jest zimno. Straciłem humor. Nawet polowanie na Nikitę w kuwecie przestało mnie bawić. Teraz ona poluje na mnie. Co to za przyjemność, jak ktoś wskakuje ci na plecy, gdy ty siedzisz w kuwecie? To brak wychowania!

     Co innego, gdy ja napadam na kogoś. Wtedy jest to niezwykle ekscytujące. W każdym razie, ja nie napadam na nią od kilku dni. Jest mi zimno i smutno... chyba boli mnie brzuch. Dwunożna od razu zawlokła mnie do lekarza. Poznałem go! To ten sam z lotniska! Znowu macał mnie całą wieczność, a potem dał zastrzyk... brrr... nie lubię tego! Jego też nie lubię!

Czerwiec cd...

     Czuję się zdecydowanie lepiej!! Wrócił mi apetyt!! Co ja mówię!! Ciągle cierpię głód!! Wymyśliłem nową technikę jedzenia. Leżę przy misce, wkładam do niej łapę, a jedzonko samo wysypuje się do pyska, nawet męczyć się nie trzeba... Dwunożni na każde zawołanie dokładają nowe porcje. Uwielbiam kurczaczka!!

     Od kilku dni w domu panuje jakieś podniecenie... nie bardzo wiem o co chodzi? Nikita zaszyła się w swoim koszyku i nie wychodzi. Czego ona się boi? Dwunożni mówią coś o wyjeździe... Mówią też o jakimś kocie... hmmm...czego się tu bać? Jak sobie pojadą, to będzie spokój...może pomieszkam w szafie albo, pogrzebię w doniczkach...? Może uda mi się rozruszać Nikitę...?

     Taaak... teraz wiem, dlaczego Nikita się ukrywała! Dwunożni przynieśli dwa transportery i zapakowali mnie do jednego z nich. Te durne istoty wymyśliły sobie, że ja chcę z nimi jechać! Ja!!! Nie mam nic lepszego do roboty w domu, tylko gdzieś jeździć! Jasne!!! Dlaczego nikt mnie nie zapytał o zdanie?! Dwunożni twierdzą, że nie chcieli mnie samego zostawiać z Nikitą . Ja jednak myślę, że oni nie chcieli się ze mną rozstać, ale wstyd im było to przyznać. Skoro mnie tak lubią... dobra... pojadę z nimi. Tylko po co im ten drugi transporter??

     Jechaliśmy długo... Kiedy dojechaliśmy na miejsce zobaczyłem JĄ - Moją Niespodziankę. Cel naszej podróży - dziewczynę, dla której jechałem daleko. To dla niej ten drugi transporter!!!

     Małe, chudziutkie stworzonko, od razu podeszło do mnie. Zirytowała mnie tym! Warknąłem niczym Szary Potwór. O dziwo, żadnej reakcji z jej strony. Czyżbym był mało przekonywujący? Zdecydowanie muszę popracować nad swoim wizerunkiem! Niech no tylko wypuszczą mnie z transportera, to pokażę jej, kto tu rządzi!

Czerwiec... dziesięć godzin później w hotelu...

     Zakochałem się bez pamięci!!! Maleństwo okazało się niezwykle odważnym i rozrywkowym stworzeniem. Nareszcie mam kumpla!!! Nareszcie mam z kim polować!!! Nareszcie mam NA KOGO polować!!! Nazywa się Ulietta!!! Cudownie!!!

LIPIEC 2004

     Jestem zachwycony!! Mała jest rewelacyjna!! Szybka, zwinna, szalona... ach te poranne galopady, polowania, zapasy i wspinaczki... Życie nabrało blasku! Wprowadziliśmy odrobinę energii i chaosu do domu:) To wszystko nasza zasługa!! Jest rewelacyjnie!! Dwunożni cierpliwie podnoszą powywracane sprzęty, potykają się na piłkach i pętają nam się pod nogami. W zamian przynoszę im myszy do łóżka, czasem wrzucę piłkę do buta - niech mają trochę radości w życiu:). Jestem szczęśliwy!

     Tylko Nikita chodzi jak chmura gradowa. Nie podoba jej się Ulietta. Złoszczą ją nasze figle, ale kto by się tam przejmował starym zgredem...

     Uwielbiam poranki. Witanie dwunożnych sprawia mi niekłamaną radość! Wchodzę do łóżka i trącam nosem ich nosy. Mam wrażenie, że bardzo to lubią... chociaż był czas, że zwątpiłem... Osobiście uważam, że godzina trzecia rano, to najlepszy czas na powitania i polowania! Okazało się, że w tej kwestii niestety mamy odmienne zdania. Wszelkie moje próby rozruszania dwunożnych o tej porze kończą się fiaskiem. Chyba przyjdzie mi się pogodzić z faktem, że o świcie mają jakieś blade poczucie humoru. Ciekawe dlaczego? Czyżbym się za mało starał? Może powinienem wstać wcześniej?

Lipiec ciąg dalszy...

     Katastrofa! Ulietta nie chce się bawić! Spuchło jej oko! Wygląda zabawnie! Nie wiem dlaczego dwunożni nie podzielają mojego zdania? Wielka sprawa - oko!! To nie powinno przeszkadzać w dobrej zabawie!!

     No nie! Zabrali małą ode mnie. Nie pozwalają nam się razem bawić. Nie podoba mi się to. Protestuję!!!

Lipiec... kilka dni później...

     Teraz to dwunożni mnie naprawdę zirytowali! Twierdzą, że to przeze mnie Ulietta ma chore oko. Oburzające! To niby ja uderzyłem ją kłem w pobliżu oka. JA!!

     Ja miałbym jej zrobić krzywdę?!! Paranoja!!

Koniec lipca

     Mała dalej gorączkuje. Faktycznie, nie wygląda to dobrze. Dwunożni skaczą koło niej, robią okłady, podają lekarstwa. Smutno mi... może mają rację? Może rzeczywiście niechcący zahaczyłem ją zębami? Chciałbym obejrzeć to oko z bliska, ale mi nie pozwalają... Chyba porozmawiam z dwunożną, może zmieniłaby zdanie...

     Mój urok osobisty i wdzięk podziałały!!! Dwunożna wpuściła mnie do pokoju, gdzie teraz mieszka Ulietta. Postanowiłem wziąć sprawę w swoje łapy, a raczej na język i zostałem uzdrowicielem. Rozpocząłem masaże chorego miejsca. Dwunożna uważnie mi się przygląda, ale nie przeszkadza. Pracuję wytrwale. Mała jest zachwycona, ja powiem że też. Nareszcie możemy być razem!

     Cóż... wstyd przyznać, ale dwunożni chyba mieli rację. W pobliżu oka widać dwie ranki, akurat tak na szerokość rozstawu moich kłów... ehhh... wstyd. Chciałem wydłubać powstałe strupy, ale chyba jeszcze nie czas. Poczekam. Za kilka dni postaram się je usunąć.

SIERPIEŃ 2004

     Mimo gorących protestów dwunożnej, wygryzłem te strupy. Opuchlizna schodzi. Moja dziewczynka odzyskuje humor. Cieszę się bardzo!!! Niepokoi mnie tylko ciągły dozór dwunożnej, kiedy jestem razem z Uliją. Zaczyna mnie irytować, ta ciągła inwigilacja. Mało tego, dwunożna biega za nami z jakimś niedużym pudełkiem i błyska nam po oczach. Mówi, że robi zdjęcia. Ciekawe co to takiego? Już wiem!!! Powstała internetowa strona o nas!!! Będę sławny!!!

Sierpień ciąg dalszy...

     Co ja przeżyłem!!! Jakiś koszmar!!! Dwunożni podstępnie zwabili mnie do łazienki i wsadzili do wanny. W zasadzie ta wanna, to nic strasznego. Sam w niej siaduję w przypływach nostalgii, ale to co zrobili podstępni dwunożni, to wstrętne. Wyobraźcie sobie, że odkręcili na mnie wodę... brrrr... ohyda. Widziałem nie raz, dwunożnych w tej wannie. Widziałem jak polewają się wodą, ale nigdy do głowy mi nie przyszło, że i mnie to spotka. Byłem w błędzie!!!

     Polali mnie wodą z jakiegoś warczącego potwora i wylali na mnie jakieś śmierdzące płyny. Serce stanęło mi w gardle, język przysechł mi do podniebienia ze strachu. Nie mogłem wydać z siebie żadnego dźwięku. Woda się ze mnie lała, a oni mnie tarmosili we wszystkie strony. Ja się pytam za co?! Dowiedziałem się, że pojadę na wystawę. Wystawa!!! A co mnie to obchodzi!!! Nie zgadzam się na takie traktowanie!!!

     Postanowiłem przejąć inicjatywę. Wyczekałem na dogodny moment, aż okrutny dwunożny rozluźni dławiący chwyt i odbiłem się ze wszystkich łap. Niestety, dwunożna wykazała się nieprzeciętnym refleksem i przechwyciła mnie w desperackim locie nad zlewem... wylądowałem spowrotem w wannie. Spróbowałem innej techniki. Rozłożyłem wszystkie łapy, jak rozgwiazda i zaparłem się o krawędzie wanny. Taaak... chyba sprawiłem im nieco kłopotu. Już myślałem, że wygram to starcie, ale nie przewidziałem, że mam łaskotki. Znowu mnie spacyfikowano. Byłem zdruzgotany.

     Woda się lała, futro namakało i ciążyło, a czas wlókł się niemiłosiernie. W końcu zakręcili prysznic, a we mnie wstąpiła nadzieja, że to już koniec męki. Zawinięty w stos ręczników, czekałem na ciąg dalszy. Czesanie i suszenie. To chyba gorsze od kąpieli!!! Zdecydowanie odmówiłem współpracy. O dziwo, dwunożni nie zaprotestowali. Puścili mnie swobodnie i pozwolili suszyć się na własną łapę. Zległem przed kominkiem i próbowałem uspokoić skołatane nerwy. Przyjemne ciepło rozchodzące się po grzbiecie, spowodowało, że stres minął, a porcja kurczaczka zdecydowanie poprawiła mi humor. Gdyby każda kąpiel kończyła się kurczaczkiem, kto wie... może polubiłbym ten proceder?

     Końcowe dni sierpnia nie upłynęły radośnie. Podjąłem próbę wydziedziczenia Nikity z jej ulubionego koszyka, ale nie uwzględniłem jej determinacji. Ten kosz jest super, już dawno miałem na niego oko! Taki wiklinowy, dwupiętrowy, wysoko ustawiony. Po prostu bajka! Niestety, nieopatrznie rozpętałem III Wojnę Światową. Oj, co to się działo! Przetrzepaliśmy sobie futra dokładnie. Na nieszczęście Nikita zajęła lepszą pozycję strategiczną. Wykorzystała to skrupulatnie i wydarła mi kępę sierści na barkach. W ferworze walki nie poczułem tego, ale kiedy pokazałem się dwunożnej, ta po prostu usiadła z wrażenia. Nigdy nie widziałem jej tak podłamanej. Okazało się, że moja rana nie jest groźna, ale defekt na urodzie znaczny. Wystawa stanęła pod znakiem zapytania. Już zacząłem się cieszyć, że nie pojedziemy...

WRZESIEŃ 2004

     Kilka dni, po masakrze w łazience, zapakowano mnie do transportera i wyniesiono do samochodu. Tam czekała mnie miła niespodzianka. Duża, przestronna klatka wymoszczona kocykiem. Jedzonko i kuweta na miejscu - pełen luksus. Tak lubię podróżować. Nie wiedziałem tylko dokąd. Obawiałem się, że na tę nieszczęsną wystawę. Miałem rację!!! Wrocław!!! Zdecydowanie nie podobało mi się. Obce miejsce, obce zapachy i obcy ludzie, a nade wszystko ten hałas. Wbiłem się w róg klatki i nie reagowałem na zaczepki. Towarzystwa dotrzymywała mi moja nieoceniona Ulietta. Dziewczynka jak zwykle bezstresowa, z ciekawością przyglądała się światu. Jej obecność dodała mi otuchy, tak że przetrwałem te dwa koszmarne dni. Powrót do domu był najcudowniejszym momentem w moim życiu. Nawet skwaszona mina Nikity w progu mieszkania, nie odebrała mi radości. Wyglądała na wyraźnie zdegustowaną. Pewnie liczyła, że dwunożni nas wywieźli z domu na zawsze... a to się przeliczyła.

     Walka z Nikitą i stres wystawowy spowodowały, że zachorowałem. Nie jadłem, nie piłem i nie chodziłem na kuwetę. Zacząłem wymiotować. Słabłem z dnia na dzień, a dwunożni szaleli. Uruchomili wszystkie znajomości. W ekspresowym tempie zrobili mi badania krwi, nerek, wątroby i nic. Wyniki miałem doskonałe, ale czułem się coraz gorzej. Leżałem pod kroplówką i czekałem. W końcu lekarze postanowili, że zrobią mi lewatywę. Wiecie co to takiego? Nie pytajcie! Horror! Wlali we mnie, chyba morze wody z czymś tłustym i czekali na efekt. Niedoczekanie ich!!! Zaparłem się i postanowiłem nic nie oddać. Siedziałem i cierpiałem. Bolał mnie brzuch i było mi słabo. Czas płynął. Po ośmiu godzinach zdecydowałem, że byłem wystarczająco dzielny. Czas pójść na kuwetę. Wowow!!! Co to się działo!!! Pominę dyskretnym milczeniem szczegóły. Koniec, końców okazało się, że po bitwie z Nikitą utknął mi olbrzymi kłąb jej sierści w przewodzie pokarmowym i żadne pasty tego nie ruszały. Nawet nie wiedziałem, że wydarłem jej tyle futra? W końcu to ja gorzej wyglądałem niż ona, po tej awanturze. Faktem jest, że lewatywa pomogła. Wróciłem do żywych. Niestety, po całej akcji znowu czekała mnie kąpiel...

PAŹDZIERNIK 2004

     Od kilki tygodni dwunożni szurają czymś namiętnie na balkonie... ciekawe co tam robią... żadne z nas jeszcze tego nie widziało, ale ponoć coś dla nas... Chciałbym tam wreszcie wejść i zobaczyć.

     Ach... zakratowali cały balkon!!! Nawet nie można spróbować pospacerować po balustradzie!!! I jak ja teraz będę polował na ptaki? To ma być niespodzianka?! E tam... Jestem rozczarowany. Na dodatek jest coraz zimniej. Przyznam szczerze, że ostatnio bywanie na balkonie zaczyna mnie męczyć. Wolę poleżeć przed kominkiem. Dwunożna położyła tam piękną, owczą skórkę. Niestety, amatorów na siedzenie w tym miejscu jest ostatnio za dużo! Wszyscy ciągną do tego miejsca, jakby nie było dość innych, ciekawych miejsc w domu! Ciekawe dlaczego nikt wcześniej tam nie siedział!!! Kiedy ja sobie wymyśliłem, że to będzie moje miejsce, to teraz wszyscy pchają się na tę skórkę! Nikita, Ulietta, a nawet dwunożni! Przecież tam nie ma miejsca! Chyba zacznę egzekwować swoje prawa bardziej zdecydowanie! To MÓJ teren!!!

     Jakby wszystkich atrakcji było mało, to dostałem szlaban na kontakty z dziewczynami! Jeśli chodzi o Nikitę to nie jestem specjalnie smutny, ale żal mi zabaw z Uliettą. Tak lubiłem nasze szalone galopady po mieszkaniu!!! Ostatnio wymyśliłem nowy sport. Łapałem ją zębiszczami za kark i dusiłem do podłogi, a potem próbowałem na niej usiąść. Niestety, dwunożna, zawsze przerywała nam w najciekawszym momencie... eh ludzie!!! Nie rozumieją kotów!!!

     Chciałem kiedyś podobny manewr przećwiczyć na Nikicie, ale przyznam szczerze, że jak zobaczyłem jej minę, odechciało mi się... Może jestem desperatem... czasami... ale na pewno nie samobójcą.

Październik ciąg dalszy...

     No nie!! Znowu mnie zapakowano do wanny. Ponoć wytarłem cały balkon po remoncie i byłem brudny. Ja brudny!! Żałosne!! Przecież myję się kilka razy dziennie. Czy dwunożni są ślepi czy jak? Ja miałbym być brudny!! Oburzające!! Jak oni mogli tak o mnie powiedzieć? Zaczynam podejrzewać, że torturowanie mnie w wannie sprawia im przyjemność. Niepokoi mnie jeszcze ten duży transporter... czyżby znowu jakaś wystawa?

     Dwunożni ględzą o jakimś kocie, ale to chyba nic poważnego? Od kilku miesięcy, o tym mówią i nic się nie dzieje. Hm... mam niejasne przeczucie, że to jednak będzie wystawa.

LISTOPAD 2004

     Na razie cisza. Nic się nie dzieje. Może jednak niepotrzebnie się martwiłem?

     Tak jak myślałem! Żaden porządny kot nie zrozumie, co lęgnie się w głowach dwunożnych. Po kilku dniach pozornego spokoju, nastąpiły gorączkowe przygotowania do wyjazdu. Na moje nieszczęście - kolejna wystawa!! Tym razem Łódź.

     Dwunożni kupili mi bilet i miałem własny fotel w autokarze. Pozwolili mi nawet wysiąść z transportera i wszytko obejrzeć. Usiadłem więc na swoim fotelu i oglądałem świat za oknem. Było to bardzo zajmujące. Widziałem wielu dwunożnych, przesuwających się za oknem, ale najfajniejsze były gołębie na dworcu... Szkoda, że nie mogłem wysiąść... może następnym razem...?

     Odkąd zasiadłem w fotelu autokaru, wzbudzałem niezdrową ciekawość wielu dwunożnych. Nie bardzo rozumiem dlaczego? Co? Nigdy nie widzieli kota, czy jak? Na szczęście, nie pchali się z łapami. Rzuciłem na nich, jedno ze swoich niezawodnych spojrzeń. Nie znalazł się żaden amator na zawieranie ze mną znajomości. To dobrze! Czują respekt! To znak, że dopracowałem swój wizerunek!

     Zanim ruszyliśmy - przesiadłem się do transportera.

Listopad... ciąg dalszy

     Jestem cierpliwy, jestem ugodowy, ale zdecydowanie nie lubię wystaw!!! Naciąganie, macanie, zaglądanie w zęby. To nie jest miłe!! I ci ludzie, którzy ciągle zaglądają do klatki! Nie znają umiaru! Te ciągle cmokania i "kiciania"! To irytujące!! I te wizyty na stołach sędziowskich - jakiś koszmar! Czy ja jestem szmacianą lalką, żeby mną tak potrząsać i przekładać. Nie podoba mi się to i nie rozumiem, po co to wszystko!

     Zdecydowanie wolałbym siedzieć z Uliettą w domu. Mielibyśmy czas dla siebie. Sami...

     Już wiem!!! Chodzi o zdobycie tytułów, które uprawniają mnie do chodzenia na randki, z fajnymi dziewczynami! Tylko co to są te randki? Gdzie ja właściwie mam chodzić? Przecież moje dziewczyny mieszkają ze mną! Nie rozumiem! I co to jest seks?!!

     To wszystko wygląda jakoś dziwnie. Zdobyłem te CAC-e, o którym chodziło dwunożnym, nawet ponoć jakiś CHAMPIONAT. I co z tego? Dalej mam szlaban na spotkania z moimi dziewczynami. Nie pojmuję! Dwunożni to naprawdę trudne do zrozumienia istoty.

     Ach... zapomniałbym powiedzieć, na wystawie przyszła do nas Pani redaktor. Machała jakąś czarną skrzynką i chciała ze mną rozmawiać. Nie byłem w nastroju i nie chciało mi się z nią gadać. Zleciłem to zadanie dwunożnej. W końcu niech się wykaże, zanim zostanie moim menadżerem. Potem przyszedł fotograf i poprosił o sesję. Łaskawie zgodziłem się wyjść z klatki. Przyznam uczciwie, że liczyłem na jakiegoś kurczaczka... Niestety... ani Pani redaktor, ani Pan fotograf nie byli przygotowani. Powiedziałem im, że następnym razem nie mają co liczyć na wywiad, jeśli przyjdą bez wałówki. Obawiam się jednak, że nie zrozumieli, co do nich mówię...

Koniec listopada...

     Dwunożna przebąkuje coś o kąpieli. Chyba nie mojej!!! Przecież byłem kąpany niedawno. Nawet nie zdążyłem nabrać swojego zapachu!!! Może wykąpią Nikitę? Jakaś brudna się ostatnio zrobiła... aż niemiło na nią popatrzeć... a co dopiero dotknąć.

     Ja tam jej wcale nie dotykam... Nigdy nie wiem, kiedy z łagodnej, ospałej damy zrobi się bojowy tygrys. Kiedy wspólnymi staraniami moimi i Maleństwa, doprowadzimy ją do takiego stanu... hmmmm... wtedy najbezpieczniej jest zniknąć na cały dzień. Przynajmniej ja tak uważam. O dziwo, Maleństwo jest innego zdania. Nie boi się ataków terroru ze strony Nikity. Wręcz przeciwnie!! Ściga wtedy Nikitę po całym mieszkaniu, wisząc jej na ogonie, czym doprowadza ją do wrzenia i ściąga na siebie gromy. Wydaje mi się, że to najbardziej bawi Uliettę. Chwilę później role się odwracają. Z dzikim rumorem, najeżona do granic możliwości, Nikita szarżuje na Uliettę z gracją nosorożca. Maleństwo z obłędem w oku odwraca się i pędzi na oślep przed siebie, lotem ślizgowym mijając i przewracając wszystko, co stanie jej na drodze. Za trzecim zakrętem szalonej galopady, zazwyczaj role znowu się zmieniają. Maleństwo zaczaja się za zakrętem i z bojowym okrzykiem rzuca się na Nikitę. Ta wydaje z siebie, trudny do sklasyfikowania dźwięk, z trudem wyhamowuje i charcząc przeraźliwie rozpoczyna odwrót.

     Tak mniej więcej wygląda pierwszy akt polowania moich dziewczyn, po czym scenariusz się powtarza w różnych wariantach. W zależności od fantazji i pomysłowości obu dam, częstotliwość i czas trwania takich akcji bywa różny. Co ciekawe, ostatnio mam wrażenie, że Nikita zaczyna lubić te polowania. No no... może i ja kiedyś przyłączę się do zabawy?

     Nie!!! Chyba się przesłyszałem! Dwunożni znowu rozmawiają o moim uczestnictwie w wystawie! Czy oni oszaleli!! Przecież już coś tam zdobyłem! To nie wystarczy?! Dlaczego tylko JA jeżdżę?!!

Koniec listopada ciąg dalszy...

     Wiedziałem! Wiedziałem! Wiedziałem! Ten nadmiar zabiegów wokół mojej osoby nie wróżył nic dobrego. Czesanie owszem, to lubię, w każdej ilości. Zabawy z dwunożnymi, proszę bardzo, ale coś mi tu śmierdziało... Broń Boże nie ja!!!

     No i miałem rację! Przez ostatnie dwa dni dwunożni prześcigali się w zabawach z nami. Jęzory wisiały nam do pięt podczas wyścigów i polowań. W gonitwie za sznurkiem mało nie rozbiłem się na kaloryferze, a Maleństwo z rozpędu zawiesiło się na krześle. Nawet Nikita dała ponieść się emocjom! W ferworze polowania straciła grunt pod łapami i z hukiem zwaliła się z biurka! To był dopiero widok!!! Mało dziury w podłodze nie wybiła!! Dość szybko pozbierała gnaty z podłogi i furcząc gniewnie opuściła towarzystwo. Nic to jednak, w obliczu nirwany jaką osiągnęliśmy, po tych wszystkich wariacjach. Leżeliśmy plackiem na parapetach i dyszeliśmy jak lokomotywy, rozkoszując się stanem bezruchu. Pełen relaks!!

     Nie doceniłem jednak moich dwunożnych!!! To był skrupulatnie opracowany plan strategiczny, przed frustrującą akcją pod tytułem: "Goran do wanny". Kiedy już osłabili mnie totalnie i rozproszyli moją uwagę znowu czekało mnie mycie. Na szczęście dwunożni uznali, że nie jestem nadmiernie brudny i ograniczyli się tylko do białych części mojego garnituru. Co i tak zostało im zapamiętane!!!

     Jak mawia jeden mój kolega Elber: KĄPIEL równa się WYSTAWA.

     Taaaak... Wie gość, co mówi. Tak oto, wyruszam na kolejnę wystawę, tym razem do Poznania. Ponoć ostatnią w tym roku!! Mało obiecujące, zważywszy, że grudzień za pasem i rok się już kończy... Hmm... może jednak dwunożni dadzą mi trochę luzu i potem będę mógł pomiętolić Maleństwo. Tęsknię już za naszymi zabawami. Teraz pozostaje mi tylko przeżyć tę wystawę...

Listopad... po wystawie

     Ufff... wróciłem... Dwunożni mówią, że dobrze się spisałem, ale prawdę mówiąc to wcale nie było zabawne. Nosili mnie do stołu sędziowskiego kilkakrotnie i za każdym razem procedura macania i oglądania była obrzydliwie nieprzyjemna. I to ma być mój tryumf? E tam... Mówią, że dwukrotnie dostałem jakieś nominacje do BIS-u czy coś takiego. I na dodatek jeszcze jakiś BIV. A co ja mam z tego? Widząc moją minę obiecali mi porcję kurczaczka po powrocie do domu. Hmm... nie wiem jak to się dzieje, ale kurczaczek zawsze poprawia mi nastrój i łagodzi obyczaje. Trzeba przyznać, że dwunożni wywiązali się z obietnicy i szczodrze mnie obdarowali. Dali tyle mięska, że nie mogłem przejeść. Profilaktycznie chciałem zakopać resztę pod dywanem. Niestety, znowu nie znalazłem zrozumienia. Konflikt interesów, nie pozwolił nam dojść do porozumienia. Moi dwunożni mają jeszcze tyle wad i niedoskonałości!! Pracuję nad nimi ale trzeba przyznać, że są niezwykle oporni...

     Mimo wszystko lubię ich! Opowiadam im o tym z zapałem w dzień i w nocy, a oni mówią że jestem namolny. W hotelu po wystawie nie spaliśmy całą noc. To znaczy ja nie spałem i dokładałem wszelkich starań, żeby dwunozni też nie spali. Śpiewałem, mruczałem, tupałem i robiłem wszystko, żeby ich wyrwać z marazmu. Niestety, chyba byli za mocno zmęczeni... Eh... niech no tylko odpoczną trochę od wystaw... wtedy dopiero będę ich rozpieszczał...

GRUDZIEŃ 2004

     Hurra!! Przeżyłem listopadowe wystawy!! Teraz czeka mnie słodkie lenistwo!!

     Ponoć jeszcze jedziemy na jakiś pokaz. Nie wiem co to takiego, ale czy może być coś gorszego od wystaw? Nie sądzę. Jestem dobrej myśli. Dwunożni obiecują, że tym razem, nie będzie sędziów i noszenia na stoliki. Jeśli tak, to mogę jechać. W zasadzie lubię jeździć i zwiedzać hotele. Zawsze znajdę jakieś ciemne kąty i zakamarki, w których warto posiedzieć i poszperać. Tym razem nie jadę sam, więc z całą pewnością nie będzie nudno!

Grudzień kilka dni później...

     Ulietta i ja reprezentowaliśmy rodzinę na pokazie. Dwunożni mówią, ze bawili się świetnie, ale ja tam nie widziałem nic nadzwyczajnego. No może tylko to, że pozwolono mi siedzieć razem z Maleństwem w jednej klatce. Fajnie było się poprzytulać. Postanowiłem wykorzystać okazję i wbiłem kły w kark dziewczynki ze smakiem. Jak zwykle czujna dwunożna zauważyła mój manewr i dostałem po uszach. Kazano nam siedzieć osobno i zabroniono nam rozmawiać. To jest terror!! Obraziłem się!!! Zwinąłem się w kłębek i przespałem połowę pokazu.

Grudzień... ciąg dalszy

     Dwunożni mówią, że idą Święta. Przyjdzie Mikołaj i przyniesie prezenty. Ciekawe, co to dla mnie oznacza? Obserwując dwunożnych można by sądzić, że zbliża się koniec świata. Przewracają do góry nogami cały dom. Ciekawe, na co się tak szykują?

     W przerwach pomiędzy grzebaniem w szafach, szuraniem odkurzaczem i myciem okien, moi dwunożni oglądają jakieś zdjęcia i rozmawiają o kotach. I to wcale nie o mnie! Nie podoba mi się to! Czuję przez skórę, że znowu mnie czymś zaskoczą! Jak ja nie lubię takich niespodzianek!! Tylko obie dziewczyny jakoś nie przejmują się tematem. Obie zgodnie siedzą na krzesłach w kuchni i czekają na jakieś extra kąski. No i oczywiście, dla mnie został tylko taboret. Nie lubię na nim siedzieć! Zawsze mi z niego spada jakaś część ciała. Jakiś mały się zrobił ostatnio. Skurczył się czy jak? Kiedyś tak nie było!

Grudzień, dzień 22

     Od kilku dni obserwuję wzmożoną aktywność dwunożnych. Z kuchni dobiegają frapujące zapachy i dźwięki. Dwunożna wznosi się na wyżyny sztuki kulinarnej. Ach... odkryłem, że lubię rybki!!! Kargulena.... marzenie!!! Śledzie? Jakoś nie bardzo mi smakują, ale pstrąg... mmm... wyborny...

     Niestety za sprawą Maleństwa dwunożni konsekwentnie wypraszają nas z kuchni. Nadmiar atrakcji na stole i nęcące zapachy spowodowały, że Maleństwo złamało żelazną zasadę i sięgnęło po śledzie, leżące na stole. Sam akt kradzieży nie został nam udowodniony. Kiedy jednak dwunożna pośliznęła się w przedpokoju na szczątkach czegoś, co było rybką i cudem zatrzymała się z zębami na klamce, bezapelacyjnie zostaliśmy uznani za winnych. Żadne tłumaczenia nie trafiły jej do przekonania i całą trójką wylądowaliśmy poza obszarem kuchni. A przecież mówiłem, że ja nie lubię śledzi!! Siedzimy więc teraz, pod drzwiamy kuchni i wyglądamy sposobności przeniknięcia na teren zakazany, w sposób niezauważony.

Grudzień, dzień 23

     Moi dwunożni znowu mnie zaskoczyli. Przynieśli do domu spore drzewko i postawili je na balkonie. Rozumiem, że gromadzimy drewno na zimę, ale to przecież nie zmieści się do kominka? Ciekawe, co oni znowu wymyślili?

     Napięcie sięga zenitu. Dwunożna znika na całe godziny za drzwiami kuchni i śpiewa... Z czystej sympatii do niej i umiłowania muzyki, wspieram ją jak mogę. Siedzę przy drzwiach i próbuję złapać nutę. Nie znam jeszcze wszystkich kolęd, ale mam wrażenie, że dobrze mi idzie...

     Złapałem rytm!!! Śpiewamy teraz w duecie. Na wszelki wypadek staram się śpiewać głośniej od dwunożnej... Dwunożny milczy niepokojąco... Nie podoba mi się błysk w jego oczach...

     Wiedziałem!! Czułem!!! Żadnego szacunku dla artystów!!! Po dwóch godzinach ponurego milczenia, dwunożny wypadł na mnie i zażądał żebym się uspokoił. Co on taki nerwowy? Czy to moja wina, że od godziny walczy z tym zielonym wiechciem na balkonie? Mówiłem mu od razu, że się nie zmieści do kominka!!

Grudzień, dzień 24

     Nie wierzę własnym oczom!! Dwunożni przywlekli tego koszmarka z balkonu i postawili na środku pokoju. Mało tego!!! Powiesili na nim masę piłek!! Maleństwo oszalało!! Podekscytowana do granic możliwości, pędzi przez całe mieszkanie, by rundzie powrotnej rzucić się na intruza. Tak jak myślałem!!! Największą sensację wzbudza gwiazda na samym wierzchołku. Jak sądzę, niebawem zobaczymy kometę...

     Po kilku próbach zdesantowania choinki oraz namiętnych starań wyrwania jej z postumentu, Maleństwo ugrzęzło wśród gałęzi, zaplątane w kable od lampek niczym świąteczny baleron. Szybka i sprawna akcja ratownicza pozwoliła, co prawda uratować i Maleństwo i choinkę, jednak przydział cierpliwości moich dwunożnych na ten wieczór został znacząco nadwątlony. Na poprawę ich humorów nie wpłynął fakt, że Maleństwo przejęło obowiązki Mikołaja i szczodrym gestem zapakowało wszystkim do butów skórki z pomarańczy oraz łupinki orzechów - cichcem wyrwane z talerza na odpadki.

     Zaszczytu siedzenia przy wigilijnym stole i zabawiania gości dostąpiłem ja i Nikita. Maleństwo zaś spożyło swoją wigilijną wołowinkę w najdalszym kącie pokoju, obłożona zakazem zbliżania się do choinki na odległość mniejszą niż 3 metry. Nie wpłynęło to jednak na poziom jej temperamentu i umiejętności wpadania w tarapaty. Chwilę później z właściwym sobie wdziękiem, dziewczynka postanowiła owinąć się nadmiarem świątecznego obrusu, nie zważająć na potrawy stojące na stole...

STYCZEŃ 2005

     Ha!!! Dwunożna ochrypła! Pewnie od tego śpiewania!! Mnie tam gardło nie boli. Wręcz przeciwnie!! Odkryłem, że śpiewanie sprawia mi radość!!!
     Kiedy dwunożna siada do pianina gnam do niej, co sił w łapach. Siadam na pianinie, spoglądam jej głęboko w oczy i... drżę w oczekiwaniu na pierwsze akordy. Dźwięk wibruje mi w trzewiach, by po chwili wyrwać się na wolność! Wznoszę się na wyżyny!! Czuję w sobie moc!!! Dwunożny mówi, że jego moc opuszcza, kiedy mnie słyszy... Jak widać, muzykalny to on nie jest. Nie jest też koneserem sztuki... A szkoda, bo ciężko się żyje z ignorantem...

     Od kilku dni jednak spokój i cisza panują w domu. Dwunożna niewiele mówi, nie śpiewa, nie zagląda do pianina... Została uszczęśliwiona dużym czarnym pudłem z rurą. Dwunożny powiedział, że to profesjonalny aparat fotograficzny. Profesjonalny czy nie, sytuacja jest kryzysowa. Za trzecim zakrętem wywodów dwunożnego, który usiłował wyklarować dwunożnej istotę działania tego wynalazku, wyglądała raczej blado. Po kolejnej porcji nauk, jej oczy przybrały rozmiary moich misek. Już czułem co się święci. Profilaktycznie zniknąłem pod choinką. Dwunożny postanowił rozładować sytuację. Niezwykle błyskotliwie, acz mało politycznie stwierdził, że czasy kiedy sierp i pług były kultowym osiągnięciem techniki, dawno już minęły, a odrobina techniki nikomu nie zaszkodziła.... Taaaak... To nie było jego najlepsze wystąpienie. Tego wieczoru kolacja stanęła pod znakiem zapytania...

Styczeń, kilka dni później

     Nie zniosę tego!! Zielony potwór linieje potwornie!! Ciekawe kiedy dwunożni zaczną go szczotkować? Nas ścigają ze szczotkami regularnie, a on to co?! Wszędzie rozrzuca swoje kłaki. Ostatnio nasypał mi paprochów do uszu. Walnąłem go z lewej łapy, kiedy zaatakował mój ogon, ale on zemścił się perfidnie sypiąc mi igły w oczy!!! Pół wieczoru wydłubywałem sobie z futra to świństwo!! Resztki dyskretnie strzepnąłem dwunożnym do łóżka. Ku mojej uciesze cała wina spadła znowu na Maleństwo. Wystarczyło tylko odziać się w niewinną minkę i wlepić gały w sufit. Podejrzenie z punktu padło na dziewczynkę. Ja byłem CZYSTY!!! Pławiłem się w zbytku i luksusie poduszek, podczas, gdy Maleństwo przygniecione do podłogi przez dwunożnych poddawane było oględzinom futra i wydłubywaniu szczątków choinki. Następnego dnia zielony potwór dostał nakaz eksmisji. Ja zaś, krocząc tryumfalnie zająłem jego miejsce na podłodze. Pokonałem gada!!!

Styczeń, ciąg dalszy...

     Nowy Rok przyniósł mi trochę niespodzianek. Wreszcie ujrzałem to, na co moje oczy tak długo czekały!! Doczekałem się!!! Dwunożni postanowili wyprać Maleństwo!!! Zapakowali dziewczynkę do wanny i rozpoczęli egzekucję. Zakradłem się cichutko i zza węgła przyglądałem się całej operacji. Tylne łapy trzymałem najdalej jak mogłem, by w razie czego podjąć szybką akcję odwrotu.

     Jakież jednak było moje zdziwnienie, kiedy zobaczyłem spokój malujący się na obliczu Ulietty. Dziewczynka z godnością i opanowaniem pozwoliła się wyszorować i wyczesać. W totalnym zdumieniu patrzyłem na ten obrazek, a żuchwa oklapła mi podłogi. Nie do wiary!!! Zwątpiłem! Czyżbym źle widział? Z drugiej strony progu stała Nikita, z wyrazem niedowierzania i niesmaku na pysku. Jeden rzut oka na nią... i odetchnąłem głębiej. A więc to tak!!! Rozłam w rodzinie!!! Znalazła się czarna owca, której kąpiele nie przeszkadzają!!! Oburzające!!!

     Z wrażenia zapomniałem o ostrożności. To był błąd!! Chwilę później dwunożni uparli się, że zapiorą mi krawat! Nie żeby był drastycznie brudny, jedynie nieco obmaślony rosołem z kurczaczka, który jadłem tydzień temu. Wiem o tym, bo kichnęło mi się w miskę, no i co? Daliby mi jeszcze dwa tygodnie! Trochę powcierałbym w fotele, a resztę sam bym doczyścił. To nie!! Od razu mycie!! Na szczęście, nie dostrzegli moich innych skarbów, ukrytych głęboko pod kołami. Skoro nie widzą... nie będę ich wyprowadzał z błędu...

Styczeń... wystawa w Ostrawie...

     Wraz z początkiem roku skończył się mój urlop. Rozpocząłem sezon wystawowy. Celem stała się Ostrawa. Bladym świtem, a raczej głęboką nocą zapakowano nas do samochodu i ruszyliśmy w trasę. Tym razem towarzyszyła mi Ulietta. Nareszcie!!! Razem jeździ się zdecydowanie przyjemniej. Co prawda przespaliśmy całą podróż, za to noc w hotelu była nasza!!! Dwunożni wspaniałomyślnie udostępnili nam część szafy. Ogromnej, przepastnej, z mnogą ilością półek i zakamarków. Pewnie liczyli, że zadekujemy się w niej i będziemy cicho. O naiwni!!! Szaleliśmy i łomotaliśmy wszystkim, czym się dało. A drzwi od szafy, szuflady i tobołki nadawały się do tego celu wyśmienicie!!! O mały włos nie straciłem ogona, gdy Maleństwo próbowało zamknąć mnie w szafie. W rewanżu zagnałem ją do ubikacji i trzasnąłem klapą od sedesu. Ostatnie moje posunięcie wybitnie nie spodobało się dwunożnym. W trosce o nasze zdrowie i fryzury zabronili nam dzikich harców, a teren łazienki obłożyli szczególnym zakazem. Doprawdy, dwunożni zawsze wiedzą jak zepsuć nam zabawę...

     Nazajutrz rano z chrzęstem i brzękiem, obładowani niczym tabor cygański ruszyliśmy na wystawę. Wszyscy futrzaści znajdowali się na pokładach samochodów, kiedy okazało się, że stan liczebny zaprzyjaźnionych dwunożnych uległ drastycznej redukcji. Szaleństwa nocne i nadmiar rozrywek przerzedziły nam skład ekipy. Ci, którzy przeżyli, postanowili dumnie reprezentować poległych. Dzień jednak był trudny. Cofając autem, udało nam się spotkać ze śmietnikiem i zmienić aranżację Starówki. Dyskretny łomot z tyłu zderzaka ocucił nieco dwunożnego, po czym mniej więcej obraliśmy właściwy kierunek. Po drodze okazało się, że zniknęła nam mapa, telefon zaniemówił, a znaki drogowe nam nie sprzyjają. Wobec miażdżącej ilości przeciwności losu, postanowiliśmy zdać się na intuicję. Powiedzenie, 'prowadził ślepy kulawego' być może śmieszne, dokładnie odzwierciedlało naszą sytuację. Jedyna osoba znająca trasę, została w hotelu próbując uporządkować myśli i ciało, zdestabilizowane wczorajszym dancingiem. Moi dwunożni jako najmniej zmęczeni wczorajszymi baletami, prowadzili karawanę, jednak nikt tak naprawdę nie miał pojęcia dokąd zmierzamy...

     Po kolejnym postoju i zbrojnej naradzie, dwunożni postanowili obrać kierunek 'na wprost'. Łamiąc przepisy i jadąc pod zakaz, z fasonem zajechaliśmy pod halę. Kiedy wysiedliśmy oczom naszym ukazała się... zaginiona mapa. Jak się później okazało przejazd trasy, na którą straciliśmy prawie pół godziny, zajmował... trzy minuty i był banalnie prosty. Tak więc, szansa na udany powrót do hotelu zdecydowanie wzrosła, a wizja kolacji i kolejnego dancingu podniosła wszystkich strapionych na duchu.

     Na miejscu czekała na mnie mała, ciasna klatka. Wyglądała jak kojec dla drobiu. Kiedy siedziałem w niej zgarbiony jak kangur, uszami grałem po prętach sufitu. Kiedy się położyłem - tylne łapy wypadały mi z klatki - jakiś koszmar!!! Dwunożna nieustannie walczyła z drucianym zamknięciem drzwiczek, które co rusz się klinowało, a mój dwunożny latał jak kot pęcherzem i próbował zorganizować krzesła. W końcu wrócił zwycięsko obładowany krzesłami jak wielbłąd. Ciekawe skąd uprowadził taką ilość?

     Koniec końców zagospodarowaliśmy się w klatkach, a dwunożni zasiedli na zdobycznych krzesłach. Nastał czas względnego spokoju. Część dwunożnych wyruszyła na rekonesans i badanie terenu, zaś ekipa stróżująca pilnie studiowała katalogi. Ostatni obraz jaki pamiętam, to mój dwunożny ciągnący z trudem zdobyty stolik do torurowania nas i naszych fryzur. Wprawdzie po chwili znaleźli się amatorzy, by przechwycić świeżo upolowany okaz, ale dwunożny niczym lew bronił swojej zdobyczy. Chwilę później straciłem wątek... usnąłem...

     Nie pospałem spokojnie. Hałas i ciasnota klatki uniemożliwiały relaks. Tuż obok w klatce, mój kolega śpiewał serenady. Co ja mówię!! Po prostu jęczał i stękał!! Teraz rozumiem, co przeżywa mój dwunożny! Jeśli ja tak fałszuję, to okropne!! Za ścianą chrobotała Ulietta. Z ulgą powędrowałem na stolik sędziowski. Nareszcie można rozprostować kości!! Wizyta na stoliku sędziowskim tym razem była bardzo miła. Głaskano mnie i pieszczono... Traktowano mnie iście po królewsku. To lubię!! Uparłem się, że zostanę tam dłużej. Dwunożna musiała mnie siłą oderwać od stolika, ale i tak zabrałem nieco sędziowskich akcesorów ze sobą...

     Dostałem nominacje do BIS-u! A już myślałem, że będę miał wolne popołudnie!! Siedzieliśmy w klatkach i czekaliśmy na swoją kolej. Ja i kilku innych skazańców. W końcu dostałem się w ręce niezdecydowanej dwunożnej. Rany kota!!! Co za marmolada!!! Było mi nie wygodnie. Kręciłem się ile wlezie i starałem się sprawić jej jak najwięcej kłopotu. Widać było, że powinna trochę poćwiczyć!! Ja w końcu mam słuszną wagę!! Zirytowany , postanowiłem przejąć inicjatywę w swoje łapy. Zaparłem się o jej ramię i czekałem na odpowiednią chwilę. W tłumie dostrzegłem moją dwunożną i niepokój malujący się na jej twarzy... Taak... Zna mnie doskonale... Wiedziała co zamierzałem...
Chwilę później rozległy się brawa, a ja jak z katapulty wystrzeliłem w górę!! To był lot!! Szybowałem nad podium i nad tłumem!! Dwunożna, która mnie trzymała, chcąc mnie powstrzymać, wyrwała mi trochę futra, ale byłem niedościgniony!! Wśród wirujących kłebów sierści i oklasków leciałem na spotkanie sławy!! Tłum falował... Trochę mnie to zbiło z tropu... a na dodatek czas lądowania zbliżał się niebezpiecznie szybko... Kątem oka widziałem bieg i skok mojej dwunożnej, która jak tornado przedarła się przez tłum i znalazła się w miejscu, gdzie zamierzałem wodować. No, no co za refleks!! Nie wiedziałem, że potrafi być taka szybka!! Gdyby nie panika, która mnie ogarnęła, byłbym ją podziwiał... W ostatnim momencie zmieniłem plany i kierunek ewakuacji!! Popędziłem jak burza przez podium wprawiając wszystkich w konsternację... Niestety przytomny sędzia, mocnym chwytem położył kres mojej podróży, równając mnie z podłogą... W tej samej chwili moja dwunożna dopadła do mnie. Nareszcie!!! Wtulony w jej ręce, spokojny jak kocie niemowlę wróciłem do swojej klatki...

     W ten oto sposób, z małymi przebojami przeżyliśmy kolejną wystawę. Dwunożni są z nas zadowoleni i zapowiadają kolejne wyjazdy. Przed nami luty. Ciekawe, gdzie teraz pojedziemy...?

LUTY 2005

     Na wszystkie myszy świata!! Wstałem dzisiaj i co widzę?! Za oknami biało! Świat nie ten sam co wczoraj! Dwunożni mówią, że to śnieg. Jest wszędzie! Nawet na moim balkonie! Od rana ich męczę, żeby mnie tam wypuścili! Nie mogę się doczekać! Chciałbym już sprawdzić co to takiego? Dwunożni udają, że nie wiedzą o co mi chodzi. Co za ludzie!

     Uparłem się! Zwyczajnie się uparłem. Rozpocząłem negocjacje. Gruchałem, tańczyłem i uśmiechałem się do nich. Odmówiłem kurczaczka, odmówiłem porannych pieszczot i cierpliwie im tłumaczyłem, o co mi chodzi. A oni co? Zero reakcji! W końcu poszedłem po rozum do głowy. Wprowadziłem element łagodnej persfazji. Zacząłem bębnić łapami w szybę. Dodatkowo, z nadalszych głębin mych trzewi wydawałem z siebie głuche, pociągłe pomruki. Moje dziewczyny patrzyły na mnie jak na wariata. Dwunożni myśleli chyba, że umieram, bo przygalopowali natychmiast i chcieli mnie reanimować. Kiedy jednak stwierdzili, że nic nie zagraża mojemu zdrowiu - zostawili mnie samego. Na domiar złego dziewczyny również mnie opuściły i spokojnie zasiadły w fotelach.

     Duch we mnie upadł! Ile można ryczeć samotnie?! Powlokłem się smętnie za nimi i usiadłem dwunożnym za plecami. Cierpiałem w skupieniu, jednak co jakiś czas przerywałem błogą ciszę. Grzmiałem niczym tygrys bengalski, by chwilę później w dzikim łoskocie przypuścić szturm na drzwi balkonowe. Byłem na tyle zaskakujący, że za każdym razem dziewczyny z niepokoju podskakiwały na fotelach, a dwunożni wzdrygiwali się nieco. To się nazywa terror psychologiczny! Jak zwykle jednak, dwunożni byli przygotowani i na takie manewry. W czasie kiedy ja próbowałem zwrócić na siebie uwagę, oni ostentacyjnie wybywali do kuchni, pod pretekstem robienia herbaty. Doprawdy, nie wiem ile jej wypili, ale zdecydowanie pobili swoje rekordy. Tego dnia, trudno było skorzystać z własnej kuwety i nie napatoczyć się na kolejnego potrzebującego...

     Nie umiem powiedzieć, czy w końcu zapragnęli ciszy, czy może herbata im obrzydła? A może dostrzegli we mnie mistrza? Faktem jednak jest, że postanowili przyjąć warunki negocjacji! Hurrra!!! OTWORZYLI BALKON!!!

     O w mordę myszy!!! Jak tam zimno! Co za ohyda! Mój wspaniały cieplutki balkon zasypany jest cały tym białym świnstwem. Zimnym i mokrym!!! Klei się to do łap. Czepia się ogona i wąsów. Po prostu fatalne! Całe łapy i brzuch mam mokre jakbym z wanny wyszedł... brrrrr... na samo wspomnienie robi mi się niedobrze! Na dodatku ślisko jak siedem nieszczęść. Nawet nie ma o co pazurów zaczepić! Co to za atrakcja taki śnieg? Wygląda na to, że darłem się jak jaki wariat, żeby wyjść na balkon, ale gra nie była warta złamanego pazura. Ciągnąc za sobą zwały śniegu i trzepiąc tylnymi łapami, biegiem wróciłem do mieszkania. Co za porażka!! Do końca dnia starałem się być niezauważalny i niesłyszalny... Dwunożni natomiast, rechotali jeszcze przez długi czas... jakby było z czego...

Luty, ciąg dalszy...

W trosce o humor hodowców i zdrowie,
spisałem fraszki powstałe w mej głowie.
Traktują one ludzkich przywarach,
zawiści, prostactwie i innych koszmarach.
Mówią o kocich zwyczajach, przymiotach,
o życiu hodowców i kocich kłopotach.
W dniach pierwszych lutego je objawiłem,
FRASZKI - dział nowy na stronie wstawiłem.

                                             Komandor Goran of Aldaker*PL

     Ach... rozpisałem się na dobre!! Siedzimy razem z dwunożną przed komputerem i klepiemy obydwoje w klawiaturę. Dwunożna co prawda twierdzi, że zawsze naciskam nieodpowiednie klawisze i w najmniej właściwym czasie, ale kto by się tam przejmował szczegółami. Grunt, że działamy zespołowo i mamy efekty! Otworzyliśmy nowy dział na stronie, a kolejny przygotowujemy. Też wspólnie! Dwunożny mówi, że nic gorszego od fraszek stworzyć nie możemy... Optymista!!!

Koniec Lutego...

     Atmosfera w domu gęstnieje. W zasadzie trudno mi powiedzieć dlaczego, ale jestem z lekka poirytowany. Dwunożna mówi, że marudzę nieprzeciętnie i zrobiłem się drażliwy. Pewnie ma rację. Od kilku dni Ulietta zachowuje się nad wyraz dziwnie. Zamiast biegać jak bumerang po mieszkaniu, snuje się jak duch i rzuca na podłogę jakby zemdleć miała. Swędzi ją coś? Czy chora jakaś? Dwunożni od razu zamknęli ją w osobnym pokoju, jednak nie wyglądają na zmartwionych...

     Następnego dnia, kiedy dwunożna otworzyła drzwi od pokoju Uliettty - ujrzałem cud! Łuski spadły mi z oczu! Stałem jak posąg i nie mogłem otrząsnąć się z wrażenia. Szczęka zjechała mi do podłogi i utknęła w tej pozycji na dłużej. Wzrok miałem błędny, a wyraz pyska kretyński - tak przynajmniej twierdzą moi dwunożni. Moja Ulietta w ciągu jednej nocy wypiękniała! Śliczna jak obrazek, leżała na parapecie i uwodzicielsko mrugała do mnie rzęsami! Po prostu królewna! Zakochałem się! Serce stanęło mi w piersi i nie mogłem złapać oddechu. Dwunożna niestety nie miała problemów z sercem i oddechem. Nim zdążyłem zebrać myśli i przedsięwziąć jakąś akcję, zamknęła mi przed nosem drzwi od pokoju Ulietty.

     Przez następne dni nie widziałem mojej dziewczynki. Straciłem humor i apetyt. Kiedy kilka dni później dwunożni otworzyli drzwi od pokoju mojej Królewny, radośnie rzuciłem się by ją przywitać. To co zobaczyłem znowu odjęło mi mowę! Zamiast damy mego serca, z pokoju wypadła kometa! W dzikich podskokach, z ogonem uniesionym jak sztandar Ulietta szarżowała przez przedpokój, by w wielkim susie wylądować mi na plecach. Złapała mnie łapami za szyję i utknęła okrakiem na moim grzbiecie. POTWÓR nie Królewna!!! W popłochu rozpocząłem odwrót. Nie mogąc się jej pozbyć, gnałem przed siebie na oślep, aż na swej drodze spotkałem zbawcę... Taboret!!! Wbiłem się pod niego z impetem i... pozbyłem się garba. Kiedy wróciłem do kuchni Ulietta próbowała wysupłać się z plątaniny własnych łap i nóg krzeseł. Wyglądała normalnie... znaczy nie bardziej szalenie niż zwykle. Gdzie ja małem oczy?!! Jaka Królewna?!! Czyżbym oślepł na starość...?

MARZEC 2005

     W czasie kiedy uległem złudzeniu i zobaczyłem w Uliettcie atrakcyjne stworzenie, zapomniałem o jedzeniu. Efekty tego widać było po kilku dniach. Dwunożna narzeka, że schudłem. Czy ja wiem? Nie zauważyłem. Zauważyłem natomiast zwiększoną prędkość dwunożnej, z jaką przemieszczała się po mieszkaniu. To niezawodny znak, że szykuje się jakaś akcja! Kipisz w mieszkaniu i plecak na środku pokoju upewniły mnie w moich przypuszczeniach. Wystawa!!! Na moje wielkie szczęście dwunożna orzekła, że nie jestem w szczycie formy wystawowej, dlatego pojedzie tylko Ulietta. Ufff... W obawie, żeby nie zmieniła zdania i nie zechciała mnie jednak zabrać ze sobą, postanowiłem nie odstępować dwunożnego. Siedziałem mu na kolanach, przytulałem go i opowiadałem jak bardzo lubię z nim pracować. Tak na wszelki wypadek, gdybym potrzebował protekcji. Dwunożny był zachwycony. Odrobina głaskania i rozkwitł mi w oczach! Chodziliśmy razem wszędzie! Nawet do toalety. Dwunożna natomiast mało nie pękła z zazdrości. Trzaskała drzwiami od szafy i mamrotała coś o niewdzięcznych kreaturach... Nie wiem o co jej chodziło - w szafie nikogo nie było... sprawdziłem.

Marzec... kilka dni później...

     Ulietta z dwunożną wyjechały. Odetchnąłem z ulgą. Dwunożny od rana zatygł przed komputerem i nie był uciążliwy. Szczerze powiedziawszy nie odczuwałem ani braku Ulietty, ani braku dwunożnej. Po południu jednak zacząłem się niepokoić. Pora karmienia uświadomiła mi, że nadeszły ciężkie czasy. Zamiast kurczaczka, w misce znalazłem chrupki. Na dodatek dwunożny pomylił puszki i dał mi jedzenie Ulietty, którego nie lubię! Widmo głodu zajrzało mi w oczy...
     Pierwszej nocy, w ramach wsparcia i w drodze absolutnego wyjątku dwunożny zaprosił mnie na swoją poduszkę. Od razu poczułem się lepiej! Głód mi doskwierał, ale humor mi się poprawił! Zwinąłem mu się nad głową i próbowałem powiększyć swoje wpływy. Dyskretnie, acz konsekwentnie spychałem go z zajmowanego terenu. Miałem nadzieję, że uda mi się go pozbyć i zawładnąć całą przestrzenią. Dwunożny jednak też doceniał zalety spania na poduszce. Trzymał się jej kurczowo i ani myślał opuścić miejsce rozgrywek. Sytuacja stała się patowa. W końcu w desperacji zaproponował mi... poduszkę dwunożnej. Czyż mogłem odmówić? Wiedziałem, że dwunożna będzie wściekła o kłaki na pościeli, ale skoro mnie zaproszono - czułem się usprawiedliwiony. Panoszyłem się i kokosiłem na jej poduszce, a obok dwunożny ćwiczył cierpliwość i panowanie nad sobą. Muszę przyznać, że z każdą kolejną nocą czynił jednak postępy. Po kilku dniach każdy znał swoje miejsce. Dwunożny rozszyfrował tajemnicę trzech puszek z karmą i życie z nim stało się całkiem znośne.

Marzec, ciąg dalszy...

     Dziewczyny wróciły do domu! Nareszcie! Już się bałem, że nie wrócą przed wiosną! Z radości usiłowałem wpiąć się dwunożnej na głowę, dwunożny zaś siłą odwodził mnie od tego zamiaru. Efekt był taki, że mało nie zdarliśmy skalpu dwunożnej. Widząc jej minę, dyplomatycznie postanowiliśmy ograniczyć procedury powitalne i przejść do kolejnego punktu programu. Odśpiewałem arię i rzuciłem się przeglądać przywieziony majdan. Dwunożny powiada, że wyłem jak potępieniec i kręciłem się jak coś tam w przeręblu. Przyganiał kocioł garnkowi! Sam biegał po mieszkaniu jak nieprzytomny! Mało mnie nie podeptał, kiedy rzucił się do kuchni po kwiaty, które przywlókł przed godziną do domu. Pędząc do dwunożnej i wymachując szczątkami bukietu, który cichaczem obstrzygłem, prawie stratował Maleństwo... To co mi tu będzie gadał o jakimś przeręblu! Radość rozpierała wszystkich! Nawet Nikita zniżyła się do wydania z siebie kilku skrzekliwych dźwięków, mających oznajmić światu że i ona jest zachwycona. Dom ożył! Ulietta wróciła do domu! Chwilę później kotłując się i poszturchując ruszyliśmy w trójkę do wielkiej gonitwy. Dwunożni ugrzęźli w przedpokoju na dłużej...
     Jakkolwiek powrót dwunożnej bardzo mnie uradował, takkolwiek miał on swoje złe strony. Po wielkiej powitalnej radości, rozpoczął się mój dramat... Wraz z powrotem dwunożnej - wrócił stary porządek. Terror i despotyzm zapanowały w domu! Dwunożna nie uznała mojego świeżo nabytego prawa do poduszki! Sapiąc z gniewu i wymyślając na dwunożnego zaanektowała ją spowrotem. Do listy prywatnych własności dwunożnej, bez prawa użytkowania przez kogokolwiek dołączyła - poduszka.
     Byłem oburzony! Taka niesprawiedliwość! Co za brak zrozumienia! Demonstracyjnie wyniosłem się do innego pokoju i noc spędziłem samotnie. Dwunożny widząc moją minę, następnego dnia wystartował do sklepu po nagrodę pocieszenia. Przyniósł ogromny wiklinowy kosz - tylko dla MNIE! Mało tego! Odblokował wejście na szafę, z której zabrał wszystkie kwiaty i komisyjnie z dwunożną postawili tam mój wspaniały kosz. Ach!!! Wybaczam im tę poduszkę!
Siedzę teraz na wysokościach i mam wgląd we wszystkie sprawy. Mam też pewność, że żaden dwunożny nie wdrapie się na szafę i nie zamieszka w moim koszu...

KWIECIEŃ 2005

     Ani chwili prywatności! Odkąd dwunożni sprezentowali mi mój cudowny kosz, pielgrzymki wędrują w jego kierunku! Droga na szafę jest najczęściej uczęszczanym traktem w naszym domu! Moje dziewczyny uznały, że winieniem podzielić się swoim prezentem. Nawet Nikita podjęła desperackie próby wtaszczenia swojego wielkiego cielska na szafę. Niedoczekanie jej! Po moim trupie! Siedzę na szafie i pilnie strzegę mojego skarbu. Nie opuszczam go ani na chwilę. Na widok intruzów tupię i posapuję groźnie... Wizyty w kuwecie skróciłem do minimum...

Kwiecień kilka dni później...

     Ochłonęłem nieco i skłonny jestem udawać, że nie widzę dziewczyn czatujących pod szafą. Wychodzę nawet z mojego kosza i wyleguję się w jego pobliżu... oczywiście nie spuszczam z niego oka... Dwunożna widząc moją postawę wspaniałomyślnie przynosi mi miski z jedzonkiem na szafę. To się nazywa obsługa! Dwunożny twierdzi, że to już choroba.
     Kolejny posiłek spożywany przeze mnie na szafie, zaowocował konfliktem. Zupełnym przypadkiem, wypadł mi z pyska nadgryziony kawał kurczaka i niefortunnie wylądował dwunożnemu na klawiaturze. Unużany w rosole, nieco ośliniony przeze mnie, upadł centralnie przed nosem dwunożnemu i malowniczo ochlapał monitor. Ach...!!! Taka sztuka mięsa!! Rzut oka na dwunożnego i uznałem, że nie warto podejmować akcji ratowniczej. Jedno jego stęknięcie i nie miałem już wątpliwości... Biegiem opuściłem miejsce na szafie i nie oglądając się za siebie zbiegłem z miejsca przestępstwa. Nieistotnym już było, kto zamieszka w moim koszu. Istotą sprawy stał się problem jak zostać niewidzialnym! Chwilę później, wymachując szczątkami kurczaczka na klawiaturze z pokoju wypadł dwunożny. On bynajmniej nie starał się być niewidzialny! Miotał się z tą nieszczęsną klawiaturą po całej chałupie i wywrzaskiwał coś o głupich pomysłach. Próbując mnie ścigać, zderzył się w drzwiach z dwunożną, która zaśmiewała się do łez. Widząc jej wesołość, dwunożny zaniechał mściwych zapędów względem mojej osoby, jednak żądza rewanżu była silniejsza od niego. Ofiarą padła dwunożna. Kiedy wróciłem do pokoju, oczom moim przedstawił się zadziwiający widok. Dwunożny spokojny jak zimowy poranek, odziany w niewinną minę, w skupieniu czyścił swoją klawiaturę zaś obok, na klawiaturze dwunożnej spoczywał... mój utracony kurczaczek podrzutek.
     Nie wiem czy to objaw starości czy reumatyzmu, ale z przykrością stwierdzam, że poczucie humoru mojej dwunożnej zdecydowanie zmalało. Kiedy na swojej klawiaturze odkryła niespodziankę, zmuszeni byliśmy z dwunożnym wysłuchać tyrady o idiotycznych zagrywkach, dziurawych pyskach i tym podobnych... Trzaskając garami, dwunożna zabrała moje miseczki z szafy i nie było mowy o żadnej dokładce z kurczaczka... a szkoda... całkiem fajny był... zanim upadł...

Kwiecień, ciąg dalszy...

     Ach!! Powietrze pachnie, za oknami robi się zielono. Czuję przypływ energii. Biegam jak szalony po mieszkaniu, starając się nie demolować go nadmiernie. Dwunożna mówi, że mizerne te moje starania, ale gdyby wiedziała ile mógłbym nabroić - pewnie siedziałaby cicho. W każdym razie uważam, że powinna docenić, moje dobre maniery, szczególnie biorąc pod uwagę wyczyny Ulietty. Patrząc na dziewczynkę, mam wrażenie, że spokój i porządek wywołują u niej obrzydzenie. Z uporem godnym maniaka, dokłada wszelkich starań by zrujnować nasze mieszkanie i nerwy dwunożnych. Trzeba przyznać, że wychodzi jej to doskonale. Pozbyliśmy się zbędnych kwiatów, części firanek, termometra za oknem oraz kabli pod biurkiem. Jeśli nie możecie się do nas dodzwonić, to znak że Ulietta właśnie zakończyła prace z zakresu łączności...

MAJ 2005

     Wraz z pierwszymi słonecznymi dniami dwunożni wylegli na mój balkon i zaczęli się na nim panoszyć. Mania majsterkowania i pasja ogrodnicza dopadły ich bez opamiętania. Dwunożna sadzi i podlewa jakieś badyle, zaś Ulietta namiętnie przystrzyga je i wyrywa z zapałem. Umorusana po koniuszki swych uszu, moja dziewczynka ryje w ziemi jak kret, czym wydatnie podnosi ciśnienie dwunożnej. Mam wrażenie, że obie działają niezupełnie w synchronizacji. Ja tam nie mam większych zapędów ogrodniczych. Owszem, udało mi się poturbować nieco jakieś zielsko, ale tylko dlatego że siedział tam apetyczny trzmiel i bardzo zależało mi na tym, żeby nie odleciał za szybko. Czatowałem na niego już dość długo, po czym wykonałem skok i obaj z hukiem wylądowaliśmy w kępie dalii. Cóż za prezycyzja!! Pełen animuszu i pasji myśliwskiej tratowałem i trzmiela i zielsko. Już prawie go miałem, kiedy do akcji wkroczyła Nikita. Podłe babsko chciało mi wydrzeć moją zdobycz! Jasne!! Na gotowe to każdy chciałby przyjść!! Nic z tego! Walczyłem jak lew! Trząsłem całym krzakiem, aż wióry z niego leciały. Chwilę później, zaalarmowana hałasem pojawiła się dwunożna. Teraz w polowaniu brało udział dwóch myśliwych! Na dnie doniczki burczał trzmiel, ja siedząc okrakiem w zielsku próbowałem go wydobyć. Dwunożna zaś na samej górze, trzymając mnie w pół jak jakiś worek, ciągnęła w swoją stronę, próbując ocalić szczątki dalii. To nie był dobry pomysł! W efekcie trzmiel uciekł, dalia poległa, a dwunożnej mało szlag nie trafił. A przecież nie raz mówiłem, żeby mi nie przeszkadzano kiedy poluję! Załatwiłbym sprawę sam i bez ofiar, a tak jeszcze się dowiedziałem, że to JA zniszczyłem kwiaty!! Śmieszne! W każdym razie jestem przekonany, że ogrodnictwo nie jest moją pasją. Entomologia natomiast nadal mnie niezmiernie frapuje...
     Dni są coraz cieplejsze, jednak wieczorami i rano podłoga na balkonie jest nieprzyjemnie zimna. Dwunożna kładzie nam na podłogę owczą skórkę, mówiąc że nie chce byśmy złapali wilka. Jak zwykle! Na trzmiela nie poluj! Muchy nie ruszaj! I wilka też nie łap! Skaranie kota z moimi dwunożnymi! To w końcu na kogo mam polować?!
     Skórka na balkonie wszystkim przypadła do gustu. Bardzo niechętnie i z oporami dzielę się miejscem na niej. W końcu dwunożna, by zażegnać spory kupiła kolejną, cudownie pachnącą skórę. Wspaniałomyślnie odstąpiłem starszy egzemplarz dziewczynom, a sam przeniosłem się na nowy nabytek. Cóż za aromat!!! Z lubością wdycham zapach owcy i wcieram go w swoje futro. Jestem zachwycony!!

Maj, kilka dni później...

     Dziś w nocy dostarczyłem moim dwunożnym i sobie również, kolejnych niezapomnianych wrażeń. Oficjalna wersja wydarzeń rozpowszechniana przez dwunożnych brzmi, że na skutek czynionych przeze mnie wariacji - spadłem z szafy razem ze swoim koszykiem. To jednak absolutna nieprawda! Dementuję tę informację! Stoję na stanowisku, że był to starannie zaplanowany kurs nawigacji i pilotażu pojazdów latających. Rzecz miała się następująco. Poczekałem kiedy dwunożni zasną, żeby jak zwykle mi nie przeszkadzali. Wdrapałem się na szafę i zapakowałem się do mojego kosza. Siedziałem w ciszy i koncentracji, jak każdy szanujący się pilot. Chwilę później odpaliłem rakiety! Kosz zawirował, zatrząsł się i zaczął przesuwać się po szafie. Kiedy skończył mi się pas startowy wykonałem beczkę i zacząłem pikować w dół! Co za przeżycie! O wpół do drugiej w nocy mój pojazd z fasonem wylądował na środku pokoju. Łoskot był nieprzeciętny! Kabina pilota nieco się zablokowała i miałem problemy z ewakuacją, ale pogotowie ratunkowe czuwało! Moi dwunożni stanęli na wysokości zadania! Z dzikim obłędem w oczach wystartowali z łóżka, spiesząc mi na pomoc. Nie było to konieczne, ale skoro przejęli się swoją rolą, to niech mają trochę atrakcji! W końcu nocne manewry też mają swój niepowtarzalny klimat! Rumoru jaki uczynili przy starcie nie powstydziłby się żaden Concorde, muszę jednak przyznać, że byli równie szybcy. Ku mojemu zdziwieniu, nie skomentowali całego zajścia i ograniczyli się jedynie do akcji ratowniczej.
     Dyskusje rozpoczęły się rano. Zostałem nazwany szaleńcem i kamikadze. W ramach ukrócenia eksperymentów z dziedziny lotnictwa, mój kosz został przybity gwoździami do szafy. Ech życie...

CZERWIEC 2005

     Co za upał! O wychodzeniu na balkon nie ma mowy. Żar wygania nas spowrotem do mieszkania. Zaanektowałem wannę i w ciągu dnia leżę w niej rozkoszując się przyjemnym chłodem. Tuż obok mnie, w zlewie leżakuje Nikita. Jedynie Maleństwo wykazuje niespożytą energię i biega jak przeciąg po mieszkaniu. Ja nie mam ochoty na zabawy. Straciłem apetyt. Dziewczyny też. Dwunożna nie wygląda na specjalnie zmartwioną. Obok miseczek z jedzeniem, rozstawiła dodatkowe miski z wodą.

Czerwiec, kilka dni później...

     Upał, który trwał kilka dni zelżał nieco. Od razu poczułem się lepiej! Wrócił mi apetyt i chęć do biegania. Jedynie dziewczyny konsekwentnie odmawiają jedzenia. Dwunożna zaczyna się niepokoić. Podtyka nam smakołyki, ale widzę, że tylko ja korzystam z przywilejów. To się bardzo dobrze składa! Więcej zostanie dla mnie. Pochłaniam wszystko, co dwunożna podstawi mi pod nos. Dwunożny mówi, że zaraz pęknę z przeżarcia. Jak zwykle przesadza. Myślę, że jest zazdrosny...
     Kilka dni później cierpliwość dwunożnej została wyczerpana. Kiedy Ulietta po raz kolejny odmówiła ulubionej wołowinki, dwunożna postawiła cały dom na nogi. Zapakowała Maleństwo w transporter i wyruszyła do lekarza. Oględziny i wyniki badań wypadły doskonale, co nie poprawiło apetytu Ulietty i humoru dwunożnej. Po powrocie do domu Ulietta uwolniona z transportera, z werwą pognała przez całe mieszkanie, zaś dwunożna ponuro zasiadła w fotelu. Jej wzrok nie wróżył nic dobrego...

Czerwiec, ciąg dalszy...

     Tak jak myślałem! Dwunożna nie dała za wygraną. Kolejne wizyty u lekarza skończyły się kroplówką i serią zastrzyków dla Ulietty. W ramach zadania domowego, dwunożni teraz sami robią zastrzyki. Dodatkowo karmią Maleństwo jakimś świństwem w płynie. Dziewczynka cierpliwie znosi wszystkie zabiegi. Rzeczywiście wygląda mizernie. Mam nadzieję, że niedługo wydobrzeje. Ja na wszelki wypadek schodzę dwunożnym z oczu, żeby nie wymyślili, że mnie też można zabrać do lekarza.
     Nareszcie!!! Po dziesięciu dniach zastrzyków Ulietta zażądała wołowiny!! Dwunożna odetchnęła!! Maleństwo jak odkurzacz wymiata teraz wszystkie miski. Ba!! Praktycznie ciągle siedzi w miskach. Na domiar złego do moich też zagląda. Zaczyna mnie to irytować! Żadnego szacunku dla cudzej własności!

Czerwiec, kolejne dni...

     Ten weekend zapowiadał się cudownie. Niedziela, wszyscy zdrowi. Umiarkowane słoneczko, zrelaksowani dwunożni oraz przyobiecane gry i zabawy z piórkiem. Od rana biegaliśmy całą ferajną po mieszkaniu. Nic nie zapowiadało dramatu, który miał się rozegrać kilka godzin później. Przyznam szczerze, że sam nie widziałem nic niepokojącego...
     Grubo przed południem, dwunożna zwróciła uwagę na Nikitę. Według niej, nasz Szaraczek dziwnie się zachowywał. Cóż... jeśli o mnie chodzi, to uważam, że nie bardziej dziwnie niż zazwyczaj. Z samego rana przegoniła mnie po mieszkaniu i próbowała wygryźć mnie z mojego kosza - zupełny standard. Nawet dwunożny nie widział nic nadzwyczajnego w jej zachowaniu, a jednak dwunożna upierała się przy swoim. Jak zwykle intuicja jej nie zawiodła. Niespełna godzinę później przyznaliśmy jej rację. Coś złego działo się z Nikitą. Dwunożna zawisła na telefonach. Kilka minut później dwunożni zabrali Nikitę i wyszli z domu...

Czerwiec, kilka godzin później...

     Minęło południe, nadszedł wieczór, zapadł zmierzch, a moi dwunożni nie wracali. Siedzieliśmy z Uliettą w oknie i wyglądaliśmy ich powrotu. Zacząłem się niepokoić. Była prawie północ, kiedy usłyszałem szczęk kluczy. Dwunożni wrócili. Towarzyszył im przenikliwy zapach lekarstw. Nie zobaczyłem Nikity. Została zaniesiona do sypialni. Z kieszeni dwunożnej wypadła chusteczka... była mokra...
     Nie spałem całą noc. Zza drzwi pokoju słyszałem kroki dwunożnej, szczęk igieł i strzykawek. Słyszałem ciężki oddech Nikity. Siedziałem skulony pod stołem i czekałem. Na dworze już świtało, kiedy dwunożna zgasiła światło i przyszła do mnie. Usiadłem jej na kolanach i słuchałem tego, co mówi. Z jej oczu na moje futro lała się woda. Dowiedziałem się, że Nikita wędruje skrajem Tęczowego Mostu.

Czerwiec, ciąg dalszy...

     Trzy dni później dwunożna pozwoliła mi wejść do pokoju, gdzie leżała Nikita. Byłem wstrząśnięty! Dziewczynka leżała skurczona, ze zmierzwioną sierścią i nie reagowała na nic. Wydawała się dużo mniejsza niż parę dni temu. Do łap miała przymocowane białymi taśmami jakieś rurki. Później zobaczyłem jak przez te rurki dwunożni wlewają różne płyny. Podszedłem bliżej i zagadałem. Nie miała siły odpowiedzieć. Położyłem się przy niej i dotknąłem leciutko. Po dłuższej chwili, otworzyła oczy i usłyszałem odpowiedź... cichuteńkie mruczenie. Leżałem przy niej, trzymałem ją za łapę i mruczałem najpiękniejsze mruczankę, tylko dla niej. Mruczałem jej o tym, że jak wyzdrowieje, to pozwolę jej zamieszkać w moim koszu, odstąpię moją ulubioną czarną mysz i nie będę jej skakał na plecy, kiedy siedzi w kuwecie. Mówiłem, że moja pachnąca owcza skórka jest cudownie mięciutka i fajnie byłoby jeszcze poleżeć na niej razem...
     Dziś po raz pierwszy dziewczynka wyszła z sypialni dwunożnych!! Porusza się powoli i niepewnie. Jest bardzo słaba. W połowie drogi na balkon położyła się i zasnęła. Na twarzy dwunożnej pojawił się pierwszy od wielu dni uśmiech. Wyniki badań Nikity dają nadzieję, że Szaraczek wróci do zdrowia...

LIPIEC 2005

     No i wymruczałem! Nikita wróciła do zdrowia! Już biega po mieszkaniu i panoszy się w moim koszu. Pyskata zrobiła się jeszcze bardziej niż przed chorobą, co jest niezawodnym znakiem, że znów czuje się w pełni władz fizycznych. Pochłania wszystko, co da się zjeść i wrzaskiem oznajmia światu, że ciągle jest głodna. Doprawdy nie zna baba umiaru!! Wszędzie jej pełno, wszędzie się wpycha i zawsze jest pierwsza!! A było tak miło, kiedy siedziała cicho... Na domiar złego wróciła jej pamięć, że siedzenie na kolanach dwunożnych jest niezwykle przyjemne i skrupulatnie korzysta z tego przywileju. Tryumfalnie wyleguje się na kolanach dwunożnej i nie mogę jej stamtąd wygonić. Ilekroć przypomnę sobie, że mógłbym posiedzieć dwunożnej na kolanach, tylekroć zastaję miejsce zajęte i muszę odejść z kwitkiem. Zanosiłem już monity w tej sprawie do dwunożnych, ale oni twierdzą, że sami musimy rozwiązać ten problem.

     Ponieważ zbrojne rozwiązania nie są w moim stylu uznałem, że metoda szykanów psychicznych będzie dawała w tym wypadku najlepsze rezultaty. Posapuję więc i dyszę Nikicie nad uszami, kiedy ta okupuje kolana dwunożnych w nadziei, że w końcu nie wytrzyma moich nacisków. Niestety, jak na razie nic nie wskazuje, żeby moje starania czyniły na niej jakieś wrażenie. Z nieodgadnionym wyrazem pyska, dalej siaduje na kolanach dwunożnej i nie reaguje na moje prowokacje. Czyżby teraz miała uszy chore? Może mnie nie słyszy?

     Zmieniłem strategię! Kiedy Nikita wgramoli się na kolana dwunożnej, ja siadam na przeciwko i w przenikliwej ciszy wgapiam się w nią, świdrując ją spojrzeniem bazyliszka. Przez pierwsze dni miałem wrażenie, że metoda jest bardzo skuteczna i udało mi się parę razy wykurzyć Nikitę z wymarzonego miejsca. Jednak sprytna bestia szybko znalazła remedium. Kiedy wlepiam w nią wzrok, ona odwraca się do mnie plecami, wsadza nos pod rękę dwunożnej i udaje że mnie nie widzi. Wróciłem do punktu wyjścia. Brak mi pomysłów. Obawiam się, że niebawem będę zmuszony wprowadzić grafik terminów, wyznaczający komu przysługuje prawo siedzenia z dwunożną. Całe szczęście dwunożny też ma fajne kolana...

Lipiec... ciąg dalszy...

     Dziś dwunożna postanowiła zaserwować nam nowe danie. Jestem zbulwersowany!! W mojej misce znalazłem jakieś fatalne chrupki, na widok których włos zjeżył mi się na grzbiecie. O dziwo, obie moje dziewczyny z radością przyjęły zmianę menu. Zachwycone zażerały się nowym specjałem mlaszcząc i ciamkając przy tym nieprzyzwoicie. Ja jednak miałem odmienne zdanie. Co za ohyda!!! Smętnie powlokłem się do kuchni, gdzie na szczęście udało mi się znaleźć jakąś zapomnianą miskę, w której było normalne jedzenie. Tego dnia nie miałem powodów do narzekań, jednak kolejny ranek przyniósł mi niemiłą niespodziankę.

     Dwunożna widząc moje nieprzejednane stanowisko w kwesti degustacji nowej karmy, wzięła się na sposób. Bezczelnie wymieszała garść nowych ohydków z moją ulubioną karmą i podstawiła mi pod nos. Jeden rzut oka na miskę i już wiedziałem, że coś śmierdzi!! Co za tani chwyt!! Żałosne!! Lekceważąco zadarłem ogon w górę i nie zaszczyciwszy spojrzeniem ani miski ani dwunożnej oddaliłem się na balkon. Wczesnym popołudniem zaczęło mi kruczeć w brzuchu, ale byłem nieugięty. Nie będę jadł tego świństwa i już! Krążyłem po mieszkaniu w nadziei, że gdzieś znajdzie się jakieś normalne żarciuszko, jednak dwunożna była przebiegła. We wszystkich miskach był ten sam mix ohydków z normalnym jedzeniem. Postanowiłem przetrzymać fanaberie dwunożnej. Nie jadłem cały dzień. Poszedłem spać głodny.

     W nocy wpadłem na genialny pomysł! Wysypałem całą zawartość miski i rozpocząłem sortowanie. Tocząc chrupki po dywanie udało mi się podzielić towar na jadalny i niejadalny. Zajęło mi to co prawda pół nocy, ale znalazłem sposób na głupie innowacje dwunożnej. Syty i zadowolony z siebie udałem się na spoczynek, porzucając oślinione szczątki ohydków na dywanie...

Lipiec... następnego dnia...

     Następnego dnia rano, radosny jak skowronek, w doskonałym humorze przywitałem dwunożną. Efekty mojej nocnej pracy, rozwłóczone po dywanie nie napełniły jej entuzjazmem, ale duch bojowy nie upadł w niej... niestety. Kilka godzin później, kiedy już myślałem, że temat nowej karmy został zamknięty, dostałem porcję ulubionego kurczaczka. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że mój kurczaczek spoczywa na górze ohydków nasypanych na dno miski!! To się nazywa podłość ludzka!! I jak ja mam teraz zjeść moje mięsko?!! Kiwałem się i chwiałem nad tą nieszczęsną miską, próbując przyjąć jak najbardziej optymalną pozycję, byleby tylko nie dotknąc wąsami tego paskudztwa. W końcu poszedłem po rozum do głowy!! Metodą Ulietty, wsadziłem łapę do miski. Nadziałem kurczaczka na pazur i strzepnąłem. Co za lot! Nie wiedziałem, że drób potrafi tak wysoko latać! Zachwycające!!! W zapale uprawiałem proceder wyrzucania kurczaczka z miski i ścigania go po mieszkaniu, kiedy do pokoju weszła dwunożna. Ups!!! Chyba podpadłem!! Bez zbędnych ceregieli zabrała mi miskę sprzed nosa, a złośliwy błysk pojawił się w jej oku. Dopiero później zrozumiałem... Dwunożna nie zamierzała się poddać i właśnie szykowała kolejny podstęp. Pojedynek trwał nadal... tyle, że w nieco bardziej wyrafinowanej formie...

Lipiec... pojedynku ciąg dalszy...

     Wieczorem znowu dostałem kuczaczka. Tym razem dwunożna wzniosła się na wyżyny perfidii. Utłukła młotkiem te fatalne chrupki na proszek i całe mięsko obtoczyła w tym świństwie. Nic innego nie dostałem do jedzenia. Tylko kurczaczka w paskudnej panierce. Zacząłem deliberować jak rozwiązać ten problem. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy. Na dodatek dwunożna uparła się, że będzie obserwować moje poczynania i konfudowała mnie tym okrutnie. Siedziałem naburmuszony i czekałem, aż sobie pójdzie...

     Natchnienie spłynęło na mnie w środku nocy!! Kiedy dwunożni poszli spać, ostrożnie zbliżyłem się do miski. Wcześniej wypraktykowaną metodą, nadziałem kurczaczka na pazur i rzuciłem nim o dywan. Śmierdział tą panierką paskudnie. Chcąc go jakoś uzdatnić do jedzenia, intensywnie wcierałem panierkę w dywan. Efekt był jednak mizerny. Walory smakowe kurczaczka nie poprawiły się w żaden sposób, a dywan zaczął się nieprzyjemnie kleić do łap. To nie było dobre rozwiązanie, jednak pozwoliło mi opracować specjalną technikę utylizacji panierki. Banalnie prostą! Wystarczyło wrzucić kurczaczka do miski z wodą, pomieszać łapą i wyciągnąć. Patent w stu procentach sprawdzony - tak zwany Kurczaczek Topiony! Polecam!!

Lipiec... kolejny dzień...

     Następnego dnia rano, kiedy dwunożna zobaczyła zalany wodą dywan i niedojedzone resztki kurczaczka, pływające w misce z wodą - ogłosiła bezwarunkową kapitulację. Wygrałem!! W domu pojawiły się OSOBNE miseczki z moją ulubioną karmą i tą drugą, o którą toczyliśmy batalię. Nareszcie!!! Przez trzy dni musieliśmy walczyć, żeby do dwunożnych dotarło, że to JA dyktuję warunki i JA decyduję, co będę jadł!! Mam nadzieję, że wreszcie pojęli, kto jest gospodarzem tego domu!!

     Nawiasem zaś mówiąc, to karma którą ochrzciłem mianem ''ohydka'', nie jest taka zła... Powiem więcej... zdarza mi się wyjadać ją z misek dziewczyn, ale robię to ukradkiem, żeby dwunożnym się nie wydawało, że fortelem można mnie przekonać do wszystkiego...

SIERPIEŃ 2005

     W naszym domu zaczęły się dziać dziwne rzeczy! Falę niewyjaśnionych zaginięć różnych przedmiotów, zapoczątkowały gumki do włosów i ołówki dwunożnej. Fakt ten, może przeszedłby bez echa, złożony na karb roztargnienia dwunożnej, kiedy jednak zaginęła pęseta leżąca na najwyższej półce w łazience, dwunożna wszczęła dochodzenie.

     Pierwszym i głównym podjerzanym stał się dwunożny, który widziany był jako ostatni w pobliżu łazienki. Ponieważ jednak w zatwardziałości swego serca nie chciał się przyznać do winy i przedstawił niezbite alibi, dwunożna zmuszona była zamilknąć. Nie na długo... niestety. Natępnego dnia w tajemniczych okolicznościach zaginął korek od wanny. Na ławie oskarżonych ponownie zasiadł dwunożny, który rozsierdzony do granic możliwości kolejnymi pomówieniami, odmówił składania zeznań i postanowił zabić dwunożną śmiechem. Kolejnego dnia dwunożny przestał się śmiać. Z półki w łazience zniknęła tym razem maszynka do golenia, używana przez niego co rano. Podejrzliwy dwunożny uznał, że teraz dwunożna płata mu psikusy i kategorycznie zażądał zwrotu zaginionego przedmiotu. Postawiona w stan oskarżenia dwunożna, najpiew obejrzała półkę, a potem zaniemówiła z oburzenia! Z półki zniknął również jej pierścionek.

     Tego było już za wiele!!! Skrupulatne oględziny podłogi i wszelkich zakamarków w łazience wykluczyły możliwość przypadkowego upadku i zaginięcia przedmiotów. W grę wchodziło zaplanowane zawłaszczenie mienia. Mieliśmy w domu rabusia!!!


Sierpień, ciąg dalszy...

     Dwunożni postanowili położyć kres grabieżom. Śledztwo rozwijało się w dwóch kierunkach. Po pierwsze odnaleźć zaginione skarby, po drugie - wytropić przestępcę i dopaść gada na gorącym uczynku. Po dokładnym przeczesaniu mieszkania, w ciasnej szczelinie między biurkiem, a ścianą dwunożni odkryli dziuplę złodziejaszka. Wszystkie przedmioty były skrzętnie ''zakopane'' pod rogiem dywanu. Krąg podejrzanych drastycznie się zacieśnił. Dwunożni znając moje nienaganne maniery uznali, że sprawcą nie mogłem być ja, więc na cenzurowanym znalazły się Nikita i Ulietta. Zaginione przedmioty wróciły na swoje miejsce, a półka w łazience była pod stałą obserwacją.


Sierpień, kilka dni później...

     Minął jeden dzień, drugi i kolejny. Nic jednak się nie działo. Czujność dwunożnych osłabła. Sprawa już miała zostać odłożona ad acta, gdy w sobotę rano dwunożna jak huragan wypadła z łazienki. Z półki zniknęła świętość i rzecz absolutnie nietykalna - szczoteczka do zębów!!! Ponowna wizja lokalna miejsca za biurkniem nie dała rezultatów. Złodziejaszek okazał się sprytny i zmienił miejsce składowania towaru. Na dodatek dalej krążył jak widmo po naszym domu i był nieuchytny. Groźba wojny domowej zawisła nad nami!!

     Zbrojne Posiedzenie Rady Rodziny postanowiło zastawić pułapkę na amatora cudzych własności. Do wanny i zlewu została nalana woda, zaś ich brzegi zostały posmarowane mydłem dla poślizgu. Ten, kto chciałby dokonać ekwilibrystyki sięgania na półkę, stojąc na wannie musiałby się pośliznąć i zaliczyć zimną kąpiel. Tego dnia atmosfera oczekiwania zawisła nad terenem łazienki. Dwunożni rozpoczęli polowanie. Nie musieli długo czekać...


Sierpień, ... kilka godzin później...

     Kilka godzin później w błogiej ciszy sobotniego popołudnia rozległ się głośny chlupot i rumor w łazience. Kiedy ekipa śledcza dotarła na miejsce, kałuża wody zalewała podłogę, na której samotnie poniewierał się... pędzel do golenia. Winowajcy nie było na miejscu. Mokry ślad na podłodze jednak wskazywał miejsce ukrycia zbiega. Przestępcą okazała się Ulietta. Przemoczona, schowała się w szafie i pokornie czekała proces. Tuż obok niej, w bucie dwunożnego spoczywał... zaginiony pierścionek. Widząc skruszoną minę winowajcy, dwunożni odroczyli wyrok i zabrali się za wycieranie dziewczynki i... podłogi. Nie umiem powiedzieć, co było większą karą dla Ulietty. Sam fakt nieprzyjemnej kapieli, czy akcja osuszania mokrego futra? Faktem jednak jest, że dziewczynka nie protestowała i w skupieniu zniosła wszelkie zabiegi...


Sierpień... ciąg dalszy...

     Metody wychowawcze dwunożnych przyniosły pewien skutek, acz myślę że nie do końca taki, jakiego oczekiwali. Ulietta nie wynosi już, co prawda niczego z łazienki, za to namiętnie przesiaduje w wannie. Fascynacja wodą zawładnęła nią całkowicie. Całe godziny potrafi obserwować krople wody. Jeśli w domu zostanie odkręcony kran lub pojawi się zbiornik z wodą - można być pewnym, że Ulietta pierwsza zanurzy w nim swoje wąsy i stopy. Nie jestem w stanie tego zrozumieć, ja tam nie lubię być mokry...

     W ten oto sposób winny został odnaleziony i sam wymierzył sobie karę, a wszystkie zguby wróciły na swoje miejsce. Prawie wszystkie... Tajemnicą pozostał los szczoteczki do zębów... Wieczór przyniósł rozwiązanie i tej zagadki. Dokonując przeglądu kuwet, dwunożny oprócz zwykłych skarbów, odkrył podejrzaną hałdę żwirku. Chwilę później, zanosząc się śmiechem pokazał znalezisko dwunożnej. Na dnie kuwetki pieczołowicie zasypana piaskiem spoczywała... zaginiona szczoteczka. Jak zwykle reakcja dwunożnej zupełnie mnie zaskoczyła. Zamiast cieszyć się z odnalezienia zguby, dwunożna ostentacyjnie, z wyraźnym niesmakiem na twarzy sama zakopała nieszczęsną szczoteczkę... w koszu na śmieci. Nic nie rozumiem!! Moim skromnym zdaniem niczego jej nie brakowało... szczoteczce rzecz jasna...


WRZESIEŃ 2005

     Już myślałem, że wcześniejsze doświadczenia nauczyły dwunożnych, że wszelkie próby wychowywania nas, nie są mile widziane i zawsze przyjmują niespodziewany obrót. Niestety, zapał wprowadzania reform znowu rozgorzał w duszy dwunożnej.

     Ponieważ od czasu przygody z wanną Maleństwu nie udało się wymyślić nic, co doprowadziłoby dwunożną do szału - moja dziewczynka postanowiła naprawić zaniedbania w tym względzie. Tym razem wymyśliła nowy sport. Co prawda nieszkodliwy społecznie, acz niezwykle dokuczliwy w porach nocnych. Rozrywkowa dziewczynka doszła do wniosku, że w nocy dwunożni z całą pewnością nie mają co robić i z przyjemnością wysłuchają koncertów szalonego perkusisty. Jako instrument podstawowy wybrała szybę okienną, bębniąc w nią w dzikim amoku, od czasu do czasu zahaczając po niej pazurem celem podkreślenia mocniejszych akordów. Aby wzmocnić nieco doznania artystyczne i poszerzyć repertuar wprowadziła również rytmiczne stacatto zębami po szybie. Ponieważ dwunożni w głuchocie swojej mogliby niedocenić, lub co gorsza nie usłyszeć kompozytora, Maleństwo uznało, że okno w sypialni dwunożnych, tuż nad ich głowami doskonale nadaje się do pracy twórczej.


Wrzesień... ciąg dalszy...

     Przez kilka kolejnych wieczorów dziewczynka regularnie urządzała koncerty, pilnie czekając na odpowiedni moment, by wykreować nastrój. Kiedy tylko dwunożni gasili światło Ulietta z zapałem przystępowała do dzieła. Kiedy dwunożni zapalali światło, chcąc dopaść szalonego muzyka - nikogo nie zastawali na miejscu. Nie pomagały prośby, nie pomagały groźby. Wszelkie wcześniej wypraktykowane metody wychowacze zawiodły. W końcu cierpliwość dwunożnych została wyczerpana. Metodą wcześniej wypraktykowaną postanowili zastawić pułapkę, by ostudzić zapał artysty. Postanowili zniechęcić Uliettę zapachem. Co ja mówię!!! Obrzydliwym smrodem!! W tym celu dwunożna obkleiła okno przeźroczystą folią i całość posmarowała jakimś paskudztwem. Buuueeeeh!!! Fetor był nieprzeciętny!! Przez trzy dni nie wszedłem do ich sypialni!!! Oczy mi się same mrużyły jak tylko znalazłem się w pobliżu tego śmierdziela.

     Na Uliettcie nie zrobiło to jednak należytego wrażenia. Regularnie siadywała na parapecie i ze stoickim spokojem wdychała opary, nie przejmując się dwunożnymi i ich pomysłami. Co więcej, którejś nocy zerwała z okna folię i pognała z nią przez całe mieszkanie, powiewając i łopocząc nią niczym sztandarem. Smród ciągnął się za nią nieziemski, ale jej to nie przeszkadzało. Zdobyła trofeum i pastwiła się nad nim całą noc. W efekcie sama śmierdziala tak, że nie miałem ochoty na kontakty z nią. Dwunożni byli zdruzgotani! Ostatnia metoda wychowawcza spaliła na panewce!! Ja też byłem załamany... ale dwa dni później. Moja dziewczynka właśnie zrobiła się atrakcyjna, jednak upiorna woń jej futra sprawiła, że wszelkie amory wywietrzały mi z głowy...


Koniec września

     Czułem, że coś się szykuje!! Koniec miesiąca przyniósł nam obowiązkowe pranie futer i oczywiście wystawę. Rozumiem, że Ulietta została wykąpana, ale dlaczego ja?!!! Nie byłem nadmiernie brudny i z całą pewnością nie śmierdziałem tak jak ona. Niestety, dwunożni uprali się, że wypiorą nas wszystkich hurtem, no i oczywiście dopięli swego! Zapakowali nas do wanny i niewiele mieliśmy do powiedzenia. Ja byłem najbardziej oburzony i starałem się negocjować. Podparłem nawet swoje argumenty czynami i zdemolowałem nieco łazienkę, konsekwentnie odmawiając współpracy. Na niewiele jednak mi się to zdało. Wykąpany i tak zostałem, a na wskutek moich protestów czas kąpieli wydłużył się dwukrotnie. Pociechą był mi fakt, że dwunożni po całej akcji, też ociekali wodą. A potargani i zmierzwieni byli jeszcze bardziej niż ja. Jak widać życie nie jest proste, gdy trzech desperatów spotyka się w łazience...


PAŹDZIERNIK 2005

     No i oczywiście ZNOWU wystawa. Szlag by trafił!!! Wiedziałem, że ta kąpiel nie wróży mi nic dobrego!!! Toboły ustawione w mieszkaniu potwierdziły moje najgorsze przypuszczenia. Ilość majdanu i same przygotowania wskazywały, że wybieramy się aż na Ural. W sumie to nie pomyliłem się aż tak bardzo. Celem okazało się Wilno. Ku mojej olbrzymiej radości, a wyraźnemu zaskoczeniu Ulietty - obydwoje zostaliśmy zapakowani do transporterów i wyruszyliśmy w kolejną trasę. Jak na doświadczonych eksplorerów przystało, moi dwunożni byli przygotowani na wszystkie niespodzianki z naszej strony. Ilość żarcia jakie zapakowała dwunożna sugerowała, że zostaniemy na obczyźnie nie trzy dni - a całe trzydzieści. Przygotowała również full serwis na wypadek, gdyby nam zawory przednie lub tylnie nie wytrzymały. Oczywiście nic takiego nam się nie zdarzyło - ale klamoty jakie ciągnęliśmy ze sobą - uratowałyby nie tylko dwa koty i dwa zawalone skarbami transportery, ale całe stado zafajdanych podróżników. Obładowani jak karawana wielbłądów i poganiani przez dwunożnego - wczesnym rankiem, stoczyliśmy się po schodach i zasiedliśmy w aucie. Na włościach pozostała Nikita, która w trosce o to, by już nigdy więcej nie pokazać się na wystawie, wbiła swój gruby tyłek między zlew, a pralkę i za nic w świecie nie dała się namówić na pożegnania... Natępnym razem wezmę z niej przykład!!


Październik... kilka godzin później...

     Na miejsce dojechaliśmy wieczorem. Pominę dyskretnym milczeniem szczegóły namierzania naszego miejsca noclegowego i związane z tym emocje :) Dość będzie jak powiem, że po kolejnej wizycie w jakimś zapomnianym, zdemolowanym, ciemnym magazynie, dwunożni ze wszystkich samochodów zgodnie uznali, że wolą bardziej cywilizowane miejsca do spania. Ustalili również jednogłośnie, że podejmą kolejny heroiczny wysiłek, by tej nocy nie spędzić w równie malowniczym miejscu jak to, w którym deliberowali nad mapą, świecąc sobie latarkami po oczach. Zmobilizowali więc do pracy resztki swoich szarych komórek i po kolejnej godzinie udało nam się odnaleźć nasze kwatery. Byłem zachwycony!!! Duży pokój. Same okna. Ogromne parapety - po prostu bajka!! Dwunożna od razu wystawiła nasze miski z jedzonkiem oraz kuwety i ... tu nastąpiła konsternacja. Złośliwy los chciał, że zawsze zapobiegliwa dwunożna - tym razem jak na złość - zapomniała o sprawie najważniejszej. Ba! Rzekłbym - o sprawie wagi państwowej!!! Kuwety przyjechały z nami, ale piasek został w domu!!! Przyznam szczerze, że widywałem w domu puste kuwety, kiedy dwunożna je opróżniała, ale nigdy nie wydawały mi się one tak nieatrakcyjne jak teraz - po całej podróży. Coooo?! Ja mam sikać do kuwety bez piasku?!!! O zaraza!! Nic z tego!!! Zdecydowałem, że nie zniżę się do zalewania sobie stóp w takiej kuwecie. Wyszedłem z niej i zasiadłem na parapecie, zastanawiając się, co z tym fantem zrobić. Pęcherz mi doskwierał... ale ta kuweta... Nie!!! Wykluczone!!!

     W końcu mój rudy kumpel Askim, z pokoju obok, okazał się wspaniałomyślny i odpalił mi działkę swojego żwirku. Poszedłem sprawdzić, czy do czegoś nadaje się jego prezent, ale jak zobaczyłem ten jego piasek, to zupełnie mi się wszystkiego odechciało. Co to ma być?!! Ja lubię SWÓJ piaseczek!!! Nie będę grzebał w tym paskudztwie!!! Postanowiłem wytrzymać tak długo jak się da!! Chciałem namówić również Uliettę do zbojkotowania kuwet, ale mi się nie udało... Dziewczynka z wyraźnym niesmakiem obejrzała nowości w kuwetkach, ale po kolejnych namowach dwunożej, w końcu skorzystała z darowizny Askima. Ja trwałem w swej niezłomności. Byłem zły!!! Jak można było zapomnieć o MOIM piaseczku?!!! Nie odpowiadałem na zachęty dwunożnej. Naburmuszony przetrwałem całą noc. Krążyłem po pokoju szukając odpowiedniego miejsca, gdzie mógłbym ułożyć mój zmęczony pęcherz, ale wszędzie było mi niewygodnie. Nad ranem przysnąłem... Sen nie był mi jednak dany...


Październik dzień następny...

     O szóstej rano obudził mnie wrzask dwunożnej. Zerwałem się na równe łapy i pognałem do łazienki... Za mną podążał nieprzytomny dwunożny, próbując w drodze uwolnić się z objęć kołdry. Na samym końcu peletonu szusowała Ulietta. Dziewczynka właśnie porzuciła proceder pastwienia się nad ręcznikiem i wystartowała po kolejne atrakcje. Skoro bowiem dwunożna ryczy jak ranny bawół w łazience - znaczy, że na pewno dzieje się tam coś ekscytującego. Śladów nocnego przestępstwa dziewczynka nie zdążyła jednak usunąć i nitki wyrwane z ręcznika - malowniczo powiewały jej u pyska.

     Kiedy dotarłem do łazienki, zastałem przedziwny widok. Dwunożna skulona na własnej kuwecie, z nogami podwiniętymi do góry, dalej wydawała z siebie nieco mniej intensywny, za to niezwykle bogato modulowany dźwięk. W trakcie tej czynności w ogromnym skupieniu wgapiała się w podłogę. Popatrzyłem rówież.... i zamarłem!!! Środkiem długiej łazienki - centralnie na wprost dwunożnej zmierzał... o Matko!!! A co to takiego?!!! Wyglądało to jak spora mysz, ale nie miało ogona!!! Na dodatek miało jakby więcej nóg!! Ojojoj!! Ale to dziwnie się porusza!! Właśnie się zastanawiałem czy osłonić własną piersią dwunożną, czy może lepiej nie narażać się na ryzyko utraty życia w nierównej walce z nieznanym mi stworem, kiedy do łazienki wpadł dwunożny. W dwóch susach dopadł bydlaka i roztrzaskał go kapciem. Z daleka widziałem, że napastnik padł już od pierwszego strzału, ale dwunożny postanowił zabłysnąć. Z mokrym plaśnięciem tłukł tym kapciem o podłogę jeszcze ze trzy razy - też mi bohater!! Sam bym sobie poradził, ale jak zwykle nie dano mi szansy!! Nawet nie zdążyłem wkroczyć do akcji!!! Na wskutek bohaterskich wyczynów dwunożnego nawet sekcji nie mogłem przeprowadzić... bo tak rozpłaszczył przeciwnika, że nie było co zbierać... E tam... Pociechą był mi jedynie fakt, że klątwa kuwetowa dopadła i dwunożną :). Od tego momentu zanim dwunożna weszła do łazienki, wysyłała na lustrację terenu mnie i dwunożnego...

     Powrót do domu też dostarczył nam wrażeń. Najpierw udało nam się nie rozjechać TIR-a, jadącego nie wiadomo dlaczego wprost na nas. Natępnie zmuszeni byliśmy utylizować kocyk Askima i zapierać jego ofafkane pumpy. Podejrzewam, że mój kumpel widząc całą akcję z ciężarówką - zwątpił i puściły mu zawory. Na szczęście jechał ze swoją przyszłą żoną w jednym transporterku, więc było w kogo wytrzeć śmierdzące ślady emocji. Dwunożni z samochodu Askima nie wydawali się zachwyceni takim obrotem sprawy, ale dzielnie walczyli o godny powrót do domu. Udało nam się więc wrócić szczęśliwie, choć może nie w pełnym komplecie. Na obczyźnie pozostał... samotny, acz niezwykle aromatyczny kocyk Askima...


Koniec Października

     Jakby przygód było mało, dwa tygodnie później dwunożni wymyślili kolejną wystawę. Ponieważ jednak nie wiązało się to z dodatkwymi atrakcjami łazienkowymi dla mnie - łaskawie zgodziłem się pojechać. Powiem szczerze, że było całkiem fajnie!! Mój kolega Kacper - odpalił mi całą klatkę. Dwunożna przywiozła ogromną folię osłaniającą mnie od gapiów - więc pełen luksus!!! Całe stada dziewczyn ustawiały się w kolejce, aby mnie obejrzeć i zapisać się na odwiedziny w moim domu. Nie wiedzieć dlaczego dwunożna jednak kręciła nosem i odesłała wszystkie lalunie z kwitkiem. Oczywiście, nie zapytała mnie o zdanie!!! A szkoda, bo laski były naprawdę fajne!!! Czasami normalnie nie rozumiem, tej mojej dwunożnej... w końcu co by jej szkodziło jakby jakieś dziewczyny przyjechały do mnie w odwiedziny? Sam bym się przecież nimi zajmował!!


LISTOPAD 2005

     No i moje uszy usłyszały wreszcie, to na co czekałem!! Koniec z wystawami do końca roku!! Mam prawo wycierać balkon z całego kurzu tygodnia i froterować Ulką wszystkie podłogi!!! Wizja swobody przez całe dwa miesiące, albo nawet i dłużej dodała mi wigoru. Szaleliśmy więc z Uliettą po całym mieszkaniu, a kłęby sierści jakie sobie wyrywaliśmy, unosiły się przy najlżejszym powiewie wiatru :)))) Było naprawdę super!!! Miny dwunożnych nie wyrażały co prawda takiej radości jak nasza, szczególnie, gdy dwa razy dziennie biegali z odkurzaczem, ale ja uważam, że to była zdecydowana przesada.

     Nie wiem czy to przypływ naszego dobrego humoru, czy namolność Ulietty, która od kilku dni namiętnie napadała na Nikitę w kuwecie - fakt faktem, że kilka dni później Nikita zachorowała. Oczywiście zrobiła to w sobie właściwym stylu. Jednego wieczoru była żwawa i pełna energii, zaś drugiego - zległa jak trup. Muszę powiedzieć, że dziewczynka nie omieszkała dołożyć wszelkich starań, aby przekonać dwunożnych, że nadchodzi jej kres i godziny jej są policzone. Ja byłem sceptycznie nastawiony do tych rewelacji, ale durni dwunożni jak zwykle dali się nabrać. W trybie ekspresowym zwołali konsylium lekarskie, które skończyło obrady równie szybko jak rozpoczęło. Debaty dwunożnych w białych kitlach, nad kierunkiem i taktyką leczenia Szaraczka nie przyniosły skutku terapeutycznego dla Nikity, ale zdecydowanie podniosły poziom adrenaliny u moich dwunożnych. Przez dwa dni Nikita leżała bez życia, a dwunożna szalała. Dwunożny szalał zdecydowanie bardziej umiarkowanie, za to bez umiaru pacyfikował zapędy dwunożnej. W efekcie rozbieżnych działań dwunożnych, rozpętała się taka burza, że mało nam dachu nie urwało, a to że dwunożni nie zdążyli się rozwieść - zaliczam do zjawisk paranormalnych...

     W końcu po wysłuchaniu wszystkich mniej lub bardziej bzdetowatych teorii na temat stanu zdrowia Nikity oraz szalenie ekspresyjnej wymianie poglądów, połączonej z gwałtowną gestyklulacją - moi dwunożni postanowili przejąć inicjatywę we własne ręce. Po pierwsze - kategorycznie odmówili przyjmowania wizyt ludzi zwanych weterynarzami (co mnie osobiście ogromnie ucieszyło!!!). Po drugie - odmówili transportowania Nikity do jakiejkolwiek lecznicy i sami podjęli akcję ratowniczą. Skakali koło Szaraczka na palcach i robili masę szumu, by dziewczynka miała maksimum spokoju i zero powodów do nerwów. Osobiście uważam, że nie musieli się tak wysilać, bo Nikita i tak niczym się nie interesowała. Niemniej dwunożna tak się przejęła swoją rolą, że wszystkich wyprowadzała z równowagi. Nikita również przejęła się swoją rolą i grała ją do momentu, kiedy usłyszała, że dwunożni zamierzają wygospodarować miejsce spoczynku dla niej i właśnie udają się na poszukiwanie łopaty. Na takie dictum trzeciego dnia, a raczej czwartego rano - metodą faceta zwanego Łazarzem - Nikita najzwyczajniej w świecie wstała. Aby dwunożni nie mieli cienia wątpliwości, że denat zmartwychwstał - wrzaskliwie zażądała jedzenia i napaskudziła w MOJĄ kuwetę!!!